16 października 2017

[Recenzja] King Crimson - "The Great Deceiver: Live 1973-1974" (1992)



King Crimson grał jedne z najbardziej porywających koncertów w historii muzyki. Szczególnie w okresie, gdy w jego składzie, obok Roberta Frippa, występowali John Wetton, Bill Bruford i David Cross (oraz, przez krótki czas, Jamie Muir). Muzycy byli ze sobą niezwykle zgrani, co owocowało długimi improwizacjami, pełnymi swobody i wzajemnego porozumienia. Zrecenzowane przeze mnie dotąd koncertówki - "USA" i "The Night Watch" - nie oddają w pełni tego, na co było stać ten skład. Dla pełnego obrazu należy zapoznać się z "The Great Deceiver: Live 1973-1974". Na czterech płytach kompaktowych zebrano niemal pięć godzin muzyki, zarejestrowanej podczas występów wspomnianego składu (już bez Muira). Znaczna część tego materiału to długie, nieskrępowane improwizacje, nierzadko czerpiące z awangardy, jazzu i muzyki poważnej. A utwory znane ze studyjnych albumów często brzmią tu zupełnie inaczej.

Całą pierwszą płytę i kawałek drugiej wypełnia materiał zarejestrowany 30 czerwca 1974 roku w Providence. Częściowo znany już wcześniej: improwizacja "Providence" została umieszczona na albumie "Red", a porywające wykonanie "21st Century Schizoid Man" na "USA". To jednak niewielka część tego ekscytującego występu. Rewelacyjnie wypadły utwory z "Larks' Tongues in Aspic" ("Larks' Tongues in Aspic (Part Two)", "Exiles", oraz prawdopodobnie najlepsza wersja "Easy Money", jaką słyszałem) i "Starless and Bible Black" ("Lament", "Fracture"), podobnie zresztą, jak "Starless" z wtedy jeszcze niewydanego "Red" (tutaj nieco inaczej zaaranżowany, z partią skrzypiec zamiast saksofonu). Centralnym punktem jest jednak niesamowita, piętnastominutowa improwizacja "A Voyage to the Centre of the Cosmos", w której muzycy wchodzą na wyżyny zespołowej improwizacji.

Druga płyta, poza końcówką występu w Providence, to przede wszystkim nagrania z Glasgow, zarejestrowane 23 października 1973 roku. Improwizacja "We'll Let You Know" z tego koncertu została wykorzysta na albumie "Starless and Bible Black"; pozostałe utwory nie były wcześniej wydane. Wśród nich są dwie kolejne improwizacje: "Sharks' Lungs in Lemsip" to alternatywny wstęp do "Larks' Tongues in Aspic (Part One)" - ciekawy, choć nie tak klimatyczny, jak perkusjonalia Muira z wersji studyjnej - oraz dziewięciominutowa "Tight Scrummy", będąca przede wszystkim popisem Bruforda. Warto zwrócić uwagę na obecność dwóch rzadko wykonywanych utworów z niedocenianego "In the Wake of Poseidon" - "Peace - A Theme" i "Cat Food". Ten drugi wypada tu bardziej zadziornie, za sprawą agresywnej, przesterowanej partii basu Wettona, oraz przeszywających dźwięków skrzypiec. Na wyróżnienie zasługuje także bardzo ładne wykonanie "Book of Saturday". Co ciekawe, większość utworu "The Night Watch" pochodzi z innego występu (z Zurychu - więcej jego fragmentów znalazło się na czwartej płycie). Fripp zdecydował się na ten zabieg, ponieważ taśma była w tym miejscu uszkodzona, a nie chciał pomijać tego utworu.

Na płycie zmieścił się także fragment występu z 29 czerwca 1974 roku w Pensylwanii - nietypowa, znacznie skrócona i mroczniejsza wersja "Easy Money", płynnie przechodząca w fantastyczną, niepokojącą swoim klimatem improwizację "It is for You, but Not for Us". Inny fragment tego koncertu - kolejna fantastyczna, dynamiczna improwizacja, "Is There Life Out There?", przypominająca "Asbury Park" z "USA" (zarejestrowany dzień wcześniej) - znalazł się na trzecim dysku. Dominują na nim jednak utwory z innego występu, także z Pensylwanii, ale zagranego dokładnie dwa miesiące wcześniej. W repertuarze znalazło się miejsce dla rzadko wykonywanego na żywo "The Great Deceiver", jak również dla niewydanego nigdy w wersji studyjnej "Doctor Diamond", który mimo partii wokalnej brzmi jak kolejna improwizacja. Tych tu zresztą nie brakuje - "Bartley Butsfordd", "Daniel Dust" (obie łagodne, trochę w klimacie "Trio" z "Starless..."), oraz ostrzejsza "Wilton Carpet". Poza tym, kilka utworów powtarza się z poprzednimi dyskami, dochodzi natomiast "The Talking Drum", w którym znów popisać mógł się Bruford.

Ostatnia płyta zawiera fragmenty występów w Ontario (24 czerwca 1974) i Zurychu (15 listopada 1973). Z tego pierwszego zamieszczono tylko cztery utwory, w tym dwie rozbudowane improwizacje: ciężką, pokręconą "The Golden Walnut", oraz "Clueless and Slightly Slack", w której na pierwszy plan wysuwa się Cross. Improwizacje z drugiego występu to dwie wariacje na temat "Walk On ... No Pussyfooting" - odtwarzanego z taśmy intra poprzedzającego koncerty grupy, będącego fragmentem albumu "(No Pussyfooting)", nagranego w 1972 przez Frippa i Briana Eno - a także niezwykły "The Law of Maximum Distress", niestety pozbawiony środkowej części (fragment ten został wycięty z taśmy i przerobiony na utwór "The Mincer", wydany na "Starless..." - nie udało się go odzyskać). Pozostałe utwory pojawiły się już, w innych wersjach, na poprzednich płytach tego zestawu.

"The Great Deceiver: Live 1973-1974" może przytłaczać ilością materiału, jaki się na nim znalazł, jednak jakościowo jest to materiał z najwyższej półki. O wirtuozerii muzyków i ich zdolnościach do zespołowej improwizacji można by długo pisać. A pojawiające się między improwizacjami "normalne" utwory to przecież niekwestionowana klasyka muzyki rockowej. Tutejsze wersje nierzadko są ciekawsze od studyjnych, a przynajmniej nie są od nich słabsze. Kolejna sprawa to doskonałe brzmienie. A całość wydana została w eleganckim boksie, wzbogaconym grubą książeczką z wspomnieniami muzyków. Dziś to oryginalne wydanie jest warte sporo grosza. Mniej atrakcyjnie pod względem wizualnym prezentuje się reedycja z 2007 roku - materiał został podzielony na dwa osobne 2-płytowe albumy, wydane w standardowych, plastikowych pudełkach, z zupełnie nową, gorszą szatą graficzną. Muzyka pozostała na szczęście taka sama i nawet w takiej wersji jest to jedna z najwspanialszych koncertówek wszech czasów.

Ocena: 10/10



King Crimson - "The Great Deceiver: Live 1973-1974" (1992)

CD1: Things Are Not as They Seem...
1. Walk On ... No Pussyfooting; 2. Larks' Tongues in Aspic (Part Two); 3. Lament; 4. Exiles; 5. Improv: A Voyage to the Centre of the Cosmos; 6. Easy Money; 7. Improv: Providence; 8. Fracture; 9. Starless
CD2: Sleight of Hand (or Now You Don't See It Again) and...
1. 21st Century Schizoid Man; 2. Walk off from Providence ... No Pussyfooting; 3. Improv: Sharks' Lungs in Lemsip; 4. Larks' Tongues in Aspic (Part One); 5. Book of Saturday; 6. Easy Money; 7. Improv: We'll Let You Know; 8. The Night Watch; 9. Improv: Tight Scrummy; 10. Peace - A Theme; 11. Cat Food; 12. Easy Money...; 13. Improv: ...It is for You, but Not for Us
CD3: ...Acts of Deception (the Magic Circus, or Weasels Stole Our Fruit)
1. Walk On ... No Pussyfooting; 2. The Great Deceiver; 3. Improv: Bartley Butsfordd; 4. Exiles; 5. Improv: Daniel Dust; 6. The Night Watch; 7. Doctor Diamond; 8. Starless; 9. Improv: Wilton Carpet; 10. The Talking Drum; 11. Larks' Tongues in Aspic (Part Two); 12. Applause and announcement; 13. Improv: Is There Life Out There?
CD4: ...But Neither Are They Otherwise
1. Improv: The Golden Walnut; 2. The Night Watch; 3. Fracture; 4. Improv: Clueless and Slightly Slack; 5. Walk On ... No Pussyfooting; 6. Improv: Some Pussyfooting; 7. Larks' Tongues in Aspic (Part One); 8. Improv: The Law of Maximum Distress (Part One); 9. Improv: The Law of Maximum Distress (Part Two); 10. Easy Money; 11. Improv: Some More Pussyfooting; 12. The Talking Drum

Skład: John Wetton - wokal i bass; Robert Fripp - gitara i instr. klawiszowe; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; David Cross - skrzypce i instr. klawiszowe
Producent: Robert Fripp


13 października 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Sorcerer" (1967)



Album "Sorcerer" zawiera głównie materiał zarejestrowany przez Drugi Wielki Kwintet Milesa Davisa w maju 1967 roku. W porównaniu z poprzednim w dyskografii "Miles Smiles", longplay sprawia wrażenie mniej ekspresyjnego, nastawionego raczej na budowanie subtelnego klimatu. Tego wrażenia nie zmieniają nawet dwa utwory utrzymane w szybszym tempie - "Prince of Darkness" i tytułowy "The Sorcerer". Jednak w takim graniu kwintet wypada równie wspaniale. Umiejętności muzyków i ich wzajemna interakcja wciąż budzą zachwyt. Na wyżyny wspinają się w rozbudowanym "Masqualero" (jedynym utworze z tego albumu, który wszedł do koncertowego repertuaru), w którym pokazują zarówno talent do zespołowej improwizacji, jak i budowania interesującego klimatu. Inną perełką jest przepiękna ballada "Pee Wee", nagrana, co ciekawe, bez udziału Davisa. Warto też odnotować, że to pierwsza kompozycja napisana dla kwintetu przez Tony'ego Williamsa. Za pozostałe kompozycje z majowej sesji odpowiada Wayne Shorter, z wyjątkiem tytułowej, autorstwa Herbiego Hancocka. Miles tym razem nie jest podpisany pod żadnym utworem.

Całości dopełnia jedno starsze nagranie, "Nothing Like You" (dedykowane ówczesnej partnerce Davisa, Cicely Tyson, której zdjęcie znalazło się na okładce albumu). Kompozycja została zarejestrowana w sierpniu 1962 roku, a więc w znacznie różniącym się składzie. Z muzyków Drugiego Wielkiego Kwintetu, poza Milesem, gra tu tylko Shorter - było to ich pierwsze wspólne nagranie, na długo zanim saksofonista na stałe dołączył do zespołu Davisa. Utwór został napisany przez Boba Dorougha i Frana Landesmana - pierwszy z nich wystąpił w nagraniu jako pianista i... wokalista. Jest to jedno z niewielu wokalnych nagrań w karierze Milesa. Ale wcale nie z tego powodu nie pasuje do całości. Po prostu jest to zwyczajna, prosta piosenka, nie mająca nic wspólnego z bardziej ambitną resztą albumu. Najlepiej więc potraktować "Nothing Like You" jako żart (bo i w sumie przypomina te wszystkie żartobliwe utwory, które rockowe zespoły wrzucają czasem na koniec albumu). Jego obecność w żadnym wypadku nie umniejsza jednak wielkości "Sorcerer", będącemu kolejnym potwierdzeniem wielkości Drugiego Wielkiego Kwintetu.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "Sorcerer" (1967)

1. Prince of Darkness; 2. Pee Wee; 3. Masqualero; 4. The Sorcerer; 5. Limbo; 6. Vonetta; 7. Nothing Like You

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino (1-6); Ron Carter - kontrabas (1-6); Tony Williams - perkusja (1-6); Bob Dorough - wokal i pianino (7); Frank Rehak - puzon (7); Paul Chambers - kontrabas (7); Jimmy Cobb - perkusja (7); Willie Bobo - bongosy (7)
Producent: Teo Macero


12 października 2017

[Recenzja] Robert Plant - "Carry Fire" (2017)



Darzę sporym szacunkiem Roberta Planta. Za to, że konsekwentnie odmawia propozycjom reaktywowania Led Zeppelin, odrzucając nawet najbardziej lukratywne oferty. Za to, że zamiast tego gra i nagrywa taką muzykę, jaka jest mu obecnie najbliższa. Naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy chcieliby słuchać, jak Robert - od dawna stroniący od hard rocka, nie tylko z powodu słabnących możliwości wokalnych - męczy się wykonując taki repertuar. Osobiście wolę posłuchać go wykonującego muzykę, której granie daje mu radość i satysfakcję, co znaczy, że robi to szczerze, z prawdziwej pasji, nie oglądając się na oczekiwania fanów czy panujące mody.

"Carry Fire" to najnowsze solowe wydawnictwo Planta. Podobnie, jak na wydanym przed trzema laty "Lullaby and... The Ceaseless Roar", wokaliście towarzyszy zespół Sensational Space Shifters. Pod względem stylistycznym również mamy do czynienia z kontynuacją tamtego longplaya. Dominuje tu więc raczej spokojne granie, utrzymane gdzieś na pograniczu rocka i folku, z silnymi wpływami muzyki bliskowschodniej. Oprócz tradycyjnego instrumentarium - gitar, perkusji i klawiszy - wykorzystano tutaj także bardziej egzotyczne instrumenty, w tym przeróżne perkusjonalia, jak również oud, czyli bezprogowy rodzaj lutni, pochodzenia arabskiego. Ten ostatni znalazł zastosowanie przede wszystkim w utworze tytułowym - jednej z najbardziej niesamowitych kompozycji w solowym dorobku Roberta. Stworzono tu rewelacyjny nastrój za pomocą nadających bardzo orientalnego klimatu partiom na oudzie, hipnotycznej gry sekcji rytmiczniej, dyskretnej elektroniki, oraz smyczkowych ozdobników. Świetnie wypada także partia wokalna Planta, który na całym albumie brzmi zaskakująco młodo. Nie ma tu więcej utworów tego kalibru, co tytułowy, jednak reszta albumu trzyma bardzo równy poziom i naprawdę może się podobać. Singlowy "The May Queen", przywołujący skojarzenia z "III", czy najbardziej rockowe "New World..." i "Bones of Saints", mogą spodobać się zwolennikom łagodniejszego wcielenia Led Zeppelin. Warto zwrócić też uwagę na lekko eksperymentalną końcówkę albumu, w której pojawia się więcej elektronicznych brzmień  - vide "Keep It Hid" i niemal ambientowy "Heaven Sent", który doskonale wieńczy całość.

"Carry Fire" niewiele nowego wnosi do dorobku Roberta Planta, jednak jest to jedno z najbardziej udanych wydawnictw w jego solowym dorobku. W końcu ktoś ze słynnych rockowych wykonawców wydał w tym roku album, którego warto posłuchać.

Ocena: 7/10



Robert Plant - "Carry Fire" (2017)

1. The May Queen; 2. New World...; 3. Season's Song; 4. Dance with You Tonight; 5. Carving up the World Again... A Wall and Not a Fence; 6. A Way with Words; 7. Carry Fire; 8. Bones of Saints; 9. Keep It Hid; 10. Bluebirds over the Mountain; 11. Heaven Sent

Skład: Robert Plant - wokal; Justin Adam - gitara, oud, instr. perkusyjne; John Baggott - gitara, instr. klawiszowe, perkusja i instr. perkusyjne; Liam Tyson - gitara; Billy Fuller - bass, instr. klawiszowe; Dave Smith - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Seth Lakeman - skrzypce i altówka; Redi Hasa - wiolonczela; Chrissie Hynde - wokal (10)
Producent: Robert Plant


11 października 2017

[Recenzja] Love - "Forever Changes" (1967)



Zanim grupa Love przystąpiła do rejestracji swojego trzeciego albumu, ze składu odeszli klawiszowiec Alban Pfisterer i saksofonista Tjay Cantrelli. Pozostali muzycy nie zdecydowali się przyjąć nikogo na ich miejsce, za to podczas sesji nagraniowej "Forever Changes" skorzystali z pomocy kilkunastu muzyków sesyjnych, w tym rozbudowanej sekcji smyczkowej i sekcji dętej. Pod względem stylistycznym, album jest odejściem od garażowych korzeni zespołu w stronę bardziej folkowego grania, kojarzącego się z The Byrds lub Crosby, Stills & Nash. Zwrot ten został zasugerowany przez Jaca Holzmana, założyciela Elektra Records, dla której zespół nagrywał. Muzycy wywiązali się wzorowo ze swojego zadania. "Forever Changes" to zbiór bardzo melodyjnych, bezpretensjonalnych piosenek, opartych głównie na akompaniamencie gitar akustycznych i smyczków. Kwintesencją tego nowego stylu grupy jest otwierająca album kompozycja "Alone Again Or", śpiewana w świetnym dwugłosie przez Arthura Lee i Bryana MacLeana. Utwór był później wielokrotnie kowerowany, m.in. przez grupę UFO. Pozostałe nagrania wypadają równie przyjemnie, choć przy pierwszych przesłuchaniach mogą się ze sobą zlewać, ze względu na zbliżone aranżacje. Największym urozmaiceniem są ostrzejsze, zdecydowanie rockowe partie gitar w "A House Is Not a Motel" i "Live and Let Live". Jednak z każdym kolejnym odsłuchem, album tylko zyskuje.

Ocena: 8/10



Love - "Forever Changes" (1967)

1. Alone Again Or; 2. A House Is Not a Motel; 3. Andmoreagain; 4. The Daily Planet; 5. Old Man; 6. The Red Telephone; 7. Maybe the People Would Be the Times or Between Clark and Hilldale; 8. Live and Let Live; 9. The Good Humor Man He Sees Everything Like This; 10. Bummer in the Summer; 11. You Set the Scene

Skład: Arthur Lee - wokal i gitara; Bryan MacLean - gitara, wokal (1,5), dodatkowy wokal; Johnny Echols - gitara; Ken Forssi - bass; Michael Stuart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Billy Strange - gitara (3,4); Carol Kaye - bass (3,4); Hal Blaine - perkusja (3,4); Don Randi - pianino (3,4,10); Robert Barene, Arnold Belnick, James Getzoff, Marshall Sosson, Darrel Terwilliger - skrzypce; Norman Botnick - altówka; Jesse Ehrlich - wiolonczela; Chuck Berghofer - kontrabas; Bud Brisbois, Roy Caton, Ollie Mitchell - trąbka; Richard Leith - puzon; David Angel - orkiestracja
Producent: Arthur Lee i Bruce Botnick


10 października 2017

[Recenzja] Tim Buckley - "Lorca" (1970)



Wrzesień 1969 roku był niezwykle pracowity dla Tima Buckleya. W ciągu czterech tygodni muzyk zarejestrował równolegle materiał na trzy kolejne albumy studyjne. Pierwszy z nich, "Blue Afternoon" ukazał się już w listopadzie. Wypełniły go utwory o wyciszonym, melancholijnym charakterze, stylistycznie najbliższe folku, z lekko jazzowym zabarwieniem. Kolejne dwa longplaye, wydane już w 1970 roku "Lorca" i "Starsailor", przyniosły muzykę zdecydowanie bardziej eksperymentalną, awangardową, zdecydowanie odchodzącą od folkowych korzeni Buckleya.

Pierwsza strona winylowego wydania "Lorca" zawiera dwa długie utwory, pozbawione rytmu i wyrazistych melodii, oparte na skali chromatycznej. Dziesięciominutowy utwór tytułowy, niesamowicie intryguje swoim awangardowym charakterem. Nieco teatralnej - w dobrym tego słowa znaczeniu - partii wokalnej towarzyszy jedynie dość jednostajne organowe tło, hipnotyczny bas, atonalne partie elektrycznego pianina, oraz schowane w tle dźwięki gitary. Momentami można odnieść wrażenie, że muzyka stoi w miejscu, jak w indyjskich ragach. Równie niezwykle wypada kolejny utwór, "Anonymous Proposition", w którym osiągnięto podobny efekt, za pomocą nieco innego instrumentarium - gitary akustycznej i kontrabasu, mantrowo powtarzające te same dźwięki.

Druga strona longplaya jest, przynajmniej pozornie, bardziej konwencjonalna. "I Had a Talk With My Woman" mógłby znaleźć się na którymś z poprzednich albumów Buckleya - jest tu i wyrazista melodia, i rytm (nadawany przez grającego na kongach Cartera Collinsa). Również w "Driftin'" pojawia się wyraźna melodia, sam utwór daleki jest jednak od konwencjonalnej piosenki, swoją budową przypomina raczej jakiś psychodeliczno-jazzowy jam. Zamykający album "Nobody Walkin'" wyróżnia się większą dynamiką i autentycznie chwytliwym motywem granym na pianinie elektrycznym, całość znów jednak bardziej przypomina jam, niż zwyczajny utwór. Również partia wokalna Buckleya daleka jest od folkowych standardów.

"Lorca" to album, który niezwykle trudno przypisać do konkretnego gatunku. Elementy folkowe mieszają się tutaj z awangardą i jazzem, tworząc coś bardzo oryginalnego (choć podobne eksperymenty można znaleźć na ówczesnych albumach Nico). Niestety, album w chwili wydania nie spotkał się ze zrozumieniem słuchaczy Tima Buckleya, przyzwyczajonych do bardziej konwencjonalnego folku, przez co album okazał się komercyjną klapą. Doceniono go dopiero wiele lat po śmierci artysty. Lepiej późno, niż wcale.

Ocena: 8/10



Tim Buckley - "Lorca" (1970)

1. Lorca; 2. Anonymous Proposition; 3. I Had a Talk With My Woman; 4. Driftin'; 5. Nobody Walkin'

Skład: Tim Buckley - wokal i gitara; Lee Underwood - gitara, pianino; John Balkin - kontrabas, bass, organy; Carter Collins - kongi
Producent: Dick Kunc


9 października 2017

[Recenzja] John Coltrane - "Live at the Village Vanguard" (1962)



Po czterech latach solowej kariery i dziewięciu płytach ze studyjnym materiałem, John Coltrane postanowił nagrać album koncertowy. Jak sam przyznawał, tylko na żywo mógł grać z pełną swobodą, ponieważ praca w studiu była zbyt sformalizowana, podlegała wielu regułom i ograniczeniom. Pod okiem producenta Boba Thiele'a (od tamtej pory stałego współpracownika Coltrane'a aż do jego śmierci) zarejestrowano serię czterech występów w nowojorskim klubie Village Vanguard, które odbyły się w dniach 1-3 i 5 listopada 1961 roku. Kwartetowi towarzyszyli wówczas liczni goście, jak Eric Dolphy (w tamtym okresie będący praktycznie piątym członkiem zespołu), kontrabasista Jimmy Garrison (który dosłownie chwilę później na stałe zajął miejsce Reggiego Workmana), perkusista Roy Haynes, a także grający na rożku angielskim i kontrafagocie Garvin Bushell, oraz grający na tamburze Ahmed Abdul-Malik. Niestety, nie wszystkich z nich można usłyszeć na tym albumie. Z prawie pięciu godzin zarejestrowanego materiału, wybrano tylko trzy utwory (wyłącznie z dwóch środkowych występów), trwające w sumie niespełna czterdzieści minut - jeden zagrany w kwintecie, drugi w kwartecie i ostatni w trio.

Koncerty Johna w tamtym czasie spotykały się z kompletnym niezrozumieniem jazzowych ortodoksów. Ówcześni krytycy, nietolerujący niczego, co wykraczało poza przyjętą konwencję, określali grę Coltrane'a i Dolphy'ego takimi epitetami, jak "bełkot" czy "antyjazz". Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to śmieszne. O ile tradycyjny jazz i swing brzmią dziś bardzo archaicznie, tak twórczość odważnych jazzmanów, którzy pod koniec lat 50. zaczęli łamać obowiązujące reguły, do dziś zachowuje świeżość i wciąż zachwyca - nie staromodnym klimatem, ale pomysłowością i wirtuozerią muzyków. Tak jest też z muzyką zawartą na "Live at the Village Vanguard". Zachwyca już od pierwszych sekund pierwszego na trackliście "Spiritual". To kompozycja Coltrane'a, oparta na zasłyszanej przez niego autentycznej pieśni murzyńskich niewolników (tzw. spiritual), prawdopodobnie "Nobody Knows the Trouble I've Seen", choć muzyk nigdy tego nie potwierdził. Utwór jest zbudowany na hipnotycznej linii basu, której towarzyszą przepiękne, uduchowione partie Coltrane'a (grającego zarówno na saksofonie sopranowym, jak i tenorowym), McCoya Tynera i Dolphy'ego (na klarnecie basowym). To właśnie tutaj narodził się styl, rozwijany później przez Johna na kolejnych albumach, z kulminacją w postaci "A Love Supreme".

"Softly, as in a Morning Sunrise", aria z operetki "The New Moon" Sigmunda Romberga (w oryginalnej wersji ze słowami Oscara Hammersteina II - współautora "My Favorite Things") z 1928 roku, w oryginale była tangiem, lecz tutaj została zaprezentowana w mocno swingującej wersji z rozimprowizowanymi, bardzo elastycznymi i energetycznymi solówkami Coltrane'a na sopranie. Ostatni utwór, trwający ponad kwadrans "Chasin' the Trane", zarejestrowany został w ledwie trzyosobowym składzie - Johnowi (tym razem grającemu na tenorze) towarzyszy jedynie sekcja rytmiczna w osobach Elvina Jonesa i Jimmy'ego Garrisona. Ten ekspresyjny blues, zagrany został bardzo spontanicznie - muzycy ustalili wcześniej jedynie tempo, całą resztę wymyślając na bieżąco. Stąd też bardzo swobodna forma, przypominająca jam session, a momentami zahaczająca nawet o free jazz.

Trzy utwory zamieszczone na "Live at the Village Vanguard" zostały doskonale dobrane w taki sposób, aby jak najlepiej pokazać wszechstronność Johna Coltrane'a i jego zespołu. Jednocześnie, wszystkie utwory są potwierdzeniem niezwykłego talentu i kunsztu wykonawczego grających tutaj muzyków. Jedyną wadą tego albumu jest to, że trwa tak krótko... Na szczęście, pozostałe nagrania z Village Vanguard nie poszyły do kosza. Dwa inne utwory zostały włączone do repertuaru albumu "Impressions" (1963), sześć kolejnych wydano jako "The Other Village Vanguard Tapes" (1977), zaś w 1997 roku opublikowany został boks "The Complete 1961 Village Vanguard Recordings" zawierający (na czterech płytach kompaktowych) wszystkie zarejestrowane wówczas utwory.

Ocena: 9/10



John Coltrane - "Live at the Village Vanguard" (1962)

1. Spiritual; 2. Softly, as in a Morning Sunrise; 3. Chasin' the Trane

Skład: John Coltrane - saksofon; Eric Dolphy - klarnet (1); McCoy Tyner - pianino (1,2); Reggie Workman - kontrabas (1,2); Jimmy Garrison - kontrabas (3); Elvin Jones - perkusja
Producent: Bob Thiele


7 października 2017

[Blog] Looking Back: Sierpień / Wrzesień



Moja kolekcja nabiera coraz ciekawszych kształtów. Pozbyłem się kolejnych kilkunastu od dawna niesłuchanych albumów, głównie ze stylistyki hard & heavy, zastępując je kilkoma znacznie ciekawszymi pozycjami z bardziej dojrzałą muzyką.

Jak, co roku, także tym razem na przełomie lipca i sierpnia udałem się na Jarmark Dominikański. W tym roku liczba stoisk z płytami winylowymi nieco zmalała, w porównaniu z poprzednimi, ale i tak udało mi się znaleźć coś dla siebie. Z trzech kupionych albumów, wszystkie utrzymane są w około-folkowych klimatach. "Flat Baroque and Berserk" i "Bullinamingvase" Roya Harpera to stare wydania, natomiast "Our Mother the Mountain" Townesa Van Zandta to współczesna reedycja. Albumy tego drugiego muzyka są jednak tak trudne do zdobycia, że cieszy nawet takie wydanie (zresztą nie mogę się przyczepić do jego brzmienia). Muzyk jest, niestety, praktycznie nieznany w Polsce, stąd tak mało tu jego płyt. Sprzedawca był autentycznie zdziwiony, że ktoś w ogóle zna ten album i chce go kupić. 

W ostatnim czasie uzupełniłem braki w dyskografii Gentle Giant. Szczególnie cieszy mnie zakup trudno dostępnego "Acquiring the Taste", w wydaniu z 1974 roku. Długo na niego polowałem i obawiałem się, że będę musiał kupić współczesną reedycję. Bez żadnego trudu nabyłem natomiast albumy "Free Hand" i "Interview" - zakupu tego drugiego nie miałem w planach, ale trafił się egzemplarz w śmiesznie niskiej cenie. Teraz do pełni szczęścia, jeśli chodzi o dyskografię Łagodnego Olbrzyma, brakuje mi tylko debiutu (niedawno obserwowałem jego licytację, ale osiągnęła taką kwotę, że nie przystąpiłem do niej) i koncertowego "Playing the Fool" (to akurat najłatwiejszy do zdobycia album GG, więc się nie śpieszę).

Na powyższym zdjęciu widać także kompaktowe wydanie jedynego albumu duńskiej grupy Culpeper's Orchard - zdecydowałem się na zakup CD, ponieważ winylowe wydanie jest poza moim zasięgiem.

Regularnie uzupełniam także jazzowe braki. W tym okresie kupiłem "Olé Coltrane" Johna Coltrane'a i "Karma" Pharoaha Sandersa. Ten pierwszy to wydanie z lat 70., w bardzo ładnym stanie, drugi - niestety, tylko współczesna reedycja. Tego typu muzyka też nie cieszyła się nigdy w Polsce popularnością, więc ciężko znaleźć ją na płytach. Być może kiedyś uda mi się wymienić ten album na starsze wydanie, na razie musi mi wystarczyć takie (brzmienie nie porywa, ale na szczęście nie ma tragedii).

Z bluesa tym razem przybył mi tylko jeden album - debiut Taj Mahala. Ponadto, kupiłem także świetną koncertówkę Jimiego Hendrixa z okresu Band of Gypsys, wydaną zaledwie rok temu "Machine Gun: The Fillmore East First Show".




Przypominam, że teraz pytania nie na temat należy zadawać na stronie Q & A. Liczę jednak na to, że nie zabraknie ciekawych dyskusji związanych z powyższym postem ;)

PS. Od najbliższego tygodnia znikną tzw. "cykle recenzji" - oznacza to, że muzyczny styl danego albumu nie będzie miał już wpływu na to, w jaki dzień tygodnia zostanie opublikowana jego recenzja. Planowane są także inne zmiany.

6 października 2017

[Recenzja] Gentle Giant - "Playing the Fool: The Official Live" (1977)



Dość późno muzycy Gentle Giant zdecydowali się na zarejestrowanie swojej pierwszej koncertówki. Album "Playing the Fool: The Official Live" ukazał się w styczniu 1977 roku, a nagrany został jesienią poprzedniego roku, podczas kilku europejskich koncertów (w Düsseldorfie, Monachium, Paryżu i Brukseli). A więc już po pierwszych oznakach twórczego zastoju (album "Interview"), ale jeszcze przed drastyczną zmianą stylu, jaką przyniosły kolejne longplaye. Na "Playing the Fool" nic jeszcze nie zapowiada tego, co wkrótce miało się wydarzyć. Dlatego też można potraktować to wydawnictwo jako podsumowanie pierwszego, najbardziej ambitnego okresu w twórczości grupy.

Wydawać by się mogło, że zespół taki, jak Gentle Giant, czyli starannie aranżujący i dopracowujący w najmniejszym detalu swoje kompozycje, nie będzie drastycznie ich zmieniał podczas koncertów. Nic bardziej mylnego. Tzn. faktycznie, niektóre utwory nie odbiegają daleko od studyjnych pierwowzorów (np. "Just the Same" czy "Free Hand"), w innych za to zmieniono całkiem sporo. Najbardziej przearanżowane zostały utwory "On Reflection", "Funny Ways" i "So Sincere", wzbogacone zupełnie nowymi, bardzo ciekawymi partiami. Zespół chętnie łączył ze sobą fragmenty różnych utworów, co dało szczególnie ciekawy efekt w piętnastominutowym "Excerpts from Octopus", zawierającym pomysłowo ze sobą połączone cytaty z utworów "The Boys in the Band", "Raconteur Troubadour", "Acquiring the Taste", "Knots" i The Advent of Panurge", a także całkiem nowe motywy. Szkoda natomiast, że jeden z moich ulubionych utworów zespołu, "Peel the Paint", został drastycznie okrojony i posłużył jako wstęp do mniej ciekawego "I Lost My Head".

Na podziw zasługuje kunszt muzyków, którzy bez problemu odtwarzają tutaj te wszystkie złożone partie. Przede wszystkim wielogłosowe partie wokalne, z mistrzowskim zastosowaniem kontrapunktu, w takich utworach, jak "On Reflection", "So Sincere" i "Knots". Ale również w warstwie instrumentalnej - dwoją się i troją, żeby zachować bogate aranżacje kompozycji. Można wręcz odnieść wrażenie, że gra tutaj więcej, niż pięciu muzyków. To dzięki temu, że każdy członek zespołu gra na kilku instrumentach. Nierzadko zamieniają się rolami - przykładowo, w utworach, w których Ray Shulman musiał zagrać na skrzypcach lub drugiej gitarze, rolę basisty przejmował Derek Shulman. Nie kojarzę żadnego innego zespołu, który praktykowałby coś takiego podczas koncertów.

"Playing the Fool: The Official Live" to po prostu obowiązkowa pozycja w kolekcji każdego wielbiciela Gentle Giant. Bo choć w repertuarze znalazły się same utwory znane ze studyjnych albumów (nie licząc ledwie minutowego coveru jazzowego standardu "Sweet Georgia Brown"), to ich wykonania często są wzbogacone o coś nowego, nadającego im nieco innego charakteru. Najbardziej zachwycające jest jednak to, że aranżacje są tutaj równie bogate, jak w studyjnych dokonaniach zespołu. Zagrać tak złożone utwory na żywo, w małym składzie, to nie lada sztuka.

Ocena: 8/10



Gentle Giant - "Playing the Fool: The Official Live" (1977)

LP1: 1. Just the Same 2. Proclamation / Valedictory; 3. On Reflection; 4. Excerpts from Octopus; 5. Funny Ways
LP2: 1. The Runaway 2. Experience; 3. So Sincere; 4. Free Hand; 5. Sweet Georgia Brown; 6. Peel the Paint / I Lost My Head

Skład: Derek Shulman - wokal, saksofon, flet, bass, instr. perkusyjne; Kerry Minnear - instr. klawiszowe, wiolonczela, flet, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Gary Green - gitara, flet, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Ray Shulman - bass, gitara, skrzypce, trąbka, flet, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; John Weathers - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Gentle Giant