23 września 2016

[Recenzja] Paice Ashton Lord - "Malice in Wonderland" (1977)



Paice Ashton Lord to efemeryczny zespół, w którym Jon Lord i Ian Paice występowali między rozpadem Deep Purple, a ich dołączeniem do Whitesnake. Trzecią ważną postacią był wokalista i klawiszowiec Tony Ashton, znany między innymi z grup Medicine Head, Family, oraz tria Ashton, Gardner and Dyke. Składu dopełnili gitarzysta Bernie Marsden (kolejny późniejszy członek Whitesnake) i basista Paul Martinez (późniejszy współpracownik Roberta Planta). Zespół wydał tylko jeden album, "Malice in Wonderland". Zawarta na nim muzyka brzmi tak, jak mógłby brzmieć kolejny (po "Come Taste the Band") album Deep Purple, gdyby zespół kontynuował swoje eksperymenty z funkiem i soulem, a zarazem zaczął grać łagodniej, odchodząc od swoich hardrockowych korzeni.

Dominuje tu bowiem granie o właśnie funkowym charakterze, oparte na wyrazistym rytmie, z głębokim, bujającym basem i istotną rolą syntezatorów, a nierzadko z udziałem sekcji dętej i żeńskich chórków o soulowym posmaku. Gitara, przeważnie schowana w tle, pełni drugorzędną rolę i zazwyczaj wpasowuje się w funkowy klimat. Marsden na pierwszy plan wybija się tylko momentami, jak w przebojowym "Remember the Good Times" - który ozdobił świetnym, funkowym motywem przewodnim, oraz zagrał krótką, lecz udaną solówkę - albo w chwytliwym "On the Road Again" i bardziej zadziornym "Silas & Jerome", w których wyjątkowo gra stricte hardrockowe riffy i solówki. Zgrabne gitarowe solówki pojawiają się także w zdecydowanie mniej rockowym "Sneaky Private Lee". Na tle całości wyróżniają się brzmiące bardziej staroświecko "Dance with Me Baby" (kojarzący się z - późniejszym - projektem Honeydrippers Roberta Planta) i ballada "I'm Gonna Stop Drinking". Koniecznie trzeba wspomnieć także o hipnotyzującym "Ghost Story", który intrygująco rozpoczyna ten album. O ile jednak warstwa instrumentalna we wszystkich utworach wypada co najmniej dobrze, tak bardzo przeciętne są partie wokalne Ashtona, który nie miał ani ciekawej barwy głosu, ani szczególnych predyspozycji do śpiewania.

Mimo wszystko, "Malice in Wonderland" to całkiem przyjemny album. Niekoniecznie przeznaczony dla fanów Deep Purple czy Whitesnake, którzy mogą nie znaleźć tu wiele dla siebie. Longplay może się podobać natomiast wszystkim, którzy lubią granie na pograniczu funku i rocka, a zarazem nie mają uczulenia na dęciaki i żeńskie chórki. Nie jest to szczególnie ambitne czy wybitne granie, ale nie o to przecież chodzi w tym stylu. Chodzi w nim tylko o dobrą zabawę, a to "Malice in Wonderland" całkowicie zapewnia.

Ocena: 7/10



Paice Ashton Lord - "Malice in Wonderland" (1977)

1. Ghost Story; 2. Remember the Good Times; 3. Arabella (Oh Tell Me); 4. Silas & Jerome; 5. Dance with Me Baby; 6. On the Road Again, Again; 7. Sneaky Private Lee; 8. I'm Gonna Stop Drinking; 9. Malice in Wonderland

Skład: Tony Ashton - wokal i instr. klawiszowe; Jon Lord - instr. klawiszowe; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne; Bernie Marsden - gitara, dodatkowy wokal; Paul Martinez - bass
Producent: Ian Paice, Tony Ashton, Jon Lord i Martin Birch


21 września 2016

[Recenzja] John Mayall - "USA Union" (1970)



"USA Union" to owoc współpracy Johna Mayalla z zupełnie nowymi instrumentalistami. Zgodnie z tytułem, byli to muzycy pochodzenia amerykańskiego: gitarzysta Harvey Mandel i basista Larry Taylor (obaj znani z grupy Canned Heat), oraz Don "Sugarcane" Harris, grający na... skrzypcach. Użycie tego instrumentu to zupełna nowość w twórczości Mayalla. Koncepcja pozostała jednak podobna jak na dwóch poprzednich albumach artysty - w nagraniach w ogóle nie ma perkusji, wróciły natomiast solówki na gitarze elektrycznej, choć są bardziej stonowane niż dawnej. Niestety, nie jest to tak pomysłowy i intrygujący materiał, jak na "The Turning Point", a nawet w porównaniu z mniej udanym "Empty Rooms" wypada niezbyt udanie. Utwory przeważnie są dość długie, nierzadko przekraczając pięć minut, a zarazem bardzo jednostajne, niewiele się w nich nie dzieje. W dodatku kolejne utwory są do siebie bardzo podobne, w większości utrzymane w tym samym, leniwym tempie i sielskim nastroju. Nawet te trochę żwawsze kawałki, jak "You Must Be Crazy" czy "Where Did My Legs Go", brzmią jakby muzycy byli zmęczeni i uleciała z nich cała energia. Szczególnie słychać to w partiach wokalnych Mayalla. Zdarzają się tu co prawda ciekawe momenty (jak jazzujący "Off the Road" oparty na świetnej partii basu, albo chwytliwy "Took the Car"), ale jako całość album jest bardzo monotonny i po prostu nudny. W chwili wydania "USA Union" był najsłabszym albumem Johna Mayalla. Niestety, nawet największym zdarzają się takie potknięcia.

Ocena: 5/10



John Mayall - "USA Union" (1970)

1. Nature's Disappearing; 2. You Must Be Crazy; 3. Night Flyer; 4. Off the Road; 5. Possessive Emotions; 6. Where Did My Legs Go; 7. Took the Car; 8. Crying; 9. My Pretty Girl; 10. Deep Blue Sea

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Harvey Mandel - gitara; Larry Taylor - bass; Don "Sugarcane" Harris - skrzypce
Producent: John Mayall


19 września 2016

[Recenzja] Sir Lord Baltimore - "Kingdom Come" (1970)



W recenzjach z cyklu "Ciężkich poniedziałków" niejednokrotnie będę wspominał o grupach Black Sabbath, Led Zeppelin i Deep Purple. To właśnie albumy tych zespołów wydane na przełomie lat 60. i 70. zdefiniowały pojęcie hard rocka i stanowią punkt odniesienia. Oczywiście było też wiele innych wykonawców, którzy przyczynili się do rozwoju tego stylu, a pod względem wykonawczym i kompozytorskim prezentowali równie wysoki warsztat. Takie zespoły, jak Uriah Heep, Wishbone Ash, czy nieco później Judas Priest, także odegrały ważną rolę w kształtowaniu się stylu. A z kolei gdyby nie Cream, Jimi Hendrix, The Who oraz The Jeff Beck Group, w ogóle mogłoby nie dojść do jego powstania. Mógłbym wymienić jeszcze kilka ważnych nazw i nazwisk, ale nie sądzę by w sumie było ich więcej niż kilkanaście. Oczywiście grających na poziomie wykonawców hardrockowych jest znacznie więcej, ale nie prawdziwych innowatorów.

Niestety, można zaobserwować występującą u dziennikarzy muzycznych tendencję do "odkrywania" zapomnianych grup sprzed lat, które rzekomo mogły być nowym Sabbathem czy Zeppelinem, ale mimo rzekomego ogromnego potencjału, nie miały wystarczająco dużo szczęścia. Co gorsze, są ludzie, którzy to kupują i tak rodzi się kult wokół w sumie mało istotnych i niezbyt utalentowanych grup pokroju Blue Cheer czy Sir Lord Baltimore. O ile jeszcze w przypadku tej pierwszej można to w pewnym stopniu zrozumieć - wszak zaczynała już w 1968 roku i brzmiała jak nikt inny w tamtym czasie - tak kreowanie drugiej na prekursorów czegokolwiek jest już sporym nadużyciem. Debiutancki album zespołu, "Kingdom Come", ukazał się dopiero w grudniu 1970 roku, czyli w czasie gdy pierwsze nakłady debiutu i "dwójki" Zeppelinów, albumów "Black Sabbath" i "Paranoid", oraz "In Rock", już dawno zdążyły się rozejść po świecie. Longplay Sir Lord Baltimore nie przyniósł niczego naprawdę nowatorskiego. Owszem, jest bardziej surowy i agresywny od wspomnianych albumów, ale i to nie było w 1970 roku szczególnym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że już wcześniej ukazały się takie albumy, jak "Vincebus Eruptum" Blue Cheer czy "Kick Out the Jams" MC5.

Może więc pod względem wykonawczym i/lub kompozytorskim mamy do czynienia z czymś wybitnym? Niestety, też nie. Pod względem muzycznym jest nawet całkiem nieźle. Tu czy tam trafia się jakiś świetny riff lub porywająca solówka, sporo dobrego robi też sekcja rytmiczna. Nieco gorzej wypada warstwa melodyjna, choć zdarzają się całkiem zgrabne kompozycje. Zresztą to, co najlepsze, sprytnie umieszczono na najbardziej strategicznych pozycjach, a więc na początku każdej strony winylowego wydania. "Master Heartache" (zbudowany na wyraźnej, przesterowanej partii basu) i tytułowy "Kingdom Come", aż kipią energią, miażdżą ciężarem, a zarazem wyróżniają się naprawdę chwytliwymi melodiami. Jedyne do czego można się przyczepić, to fatalne, pretensjonalne partie wokalne w wykonaniu perkusisty Johna Garnera. Jeszcze bardziej przeszkadzają w pozostałych utworach, zazwyczaj utrzymanych w szybkich tempach, za którymi wokalista nie zawsze nadąża. Kawałki w rodzaju "Lady of Fire" czy "Hell Hound" brzmią jak Hendrix na przyśpieszonych obrotach, z bardziej przesterowanym brzmieniem i znacznie gorszą warstwą wokalną. Na tle całości wyróżnia się łagodna ballada "Lake Isle of Innersfree" z istotną rolą gitary akustycznej. Podejrzewam, że powstała pod naciskiem wytwórni, która nie chciała wydać albumu z samymi ciężkimi utworami. Kompozycja kompletnie nie pasuje do reszty longplaya, ale jest całkiem przyjemna i nawet wokal jest mniej drażliwy.

"Kingdom Come" niewątpliwie można uznać za jeden z najwcześniejszych - jeszcze bardzo surowych i niedopracowanych - przykładów heavy metal. Jednak jego wpływ na rozwój tego stylu jest znacznie przecenianych przez niektórych współczesnych recenzentów. W 1970 roku ukazało się tyle wspaniałej muzyki, że dość przeciętny materiał Sir Lord Baltimore po prostu nie miał szans zainteresować w tamtym czasie szerszej publiczności. Grupa szybko popadła w zapomnienie i dopiero po latach zaczęła zyskiwać status kultowej. A tymczasem "Kingdom Come" to tylko jeden z wielu proto-metalowych albumów z tamtych lat, ani specjalnie innowacyjny, ani przełomowy.

Ocena: 6/10



Sir Lord Baltimore - "Kingdom Come" (1970)

1, Master Heartache; 2. Hard Rain Fallin'; 3. Lady of Fire; 4. Lake Isle of Innersfree; 5. Pumped Up; 6. Kingdom Come; 7. I Got a Woman; 8. Hell Hound; 9. Helium Head (I Got a Love); 10. Ain't Got Hung on You

Skład: John Garner - wokal i perkusja; Louis Dambra - gitara; Gary Justin - bass
Producent: Mike Appel i Jim Cretecos


16 września 2016

[Recenzja] Ghost - "Popestar" EP (2016)



Muzycy Ghost nie dają o sobie zapomnieć. Zupełnie niespodziewanie dyskografia zespołu poszerzyła się o nową EPkę, "Popestar". Wydawnictwo można traktować zarówno jako suplement do zeszłorocznego albumu "Meliora", jak i kontynuację wydanej przed trzema laty EPki z coverami "If You Have Ghost". Także tutaj na repertuar złożyły się głównie przeróbki innych wykonawców, uzupełnione jednym własnym utworem - zupełnie premierowym "Square Hammer". Jeżeli utwór ten powstał w trakcie tej samej sesji co "Meliora", to łatwo zgadnąć dlaczego nie pojawił się na tym longplayu. O ile tam zespół pokazał swoje mroczniejsze i cięższe oblicze, tak ten kawałek jest o wiele bardziej pogodny i łagodniejszy brzmieniowo, utrzymany raczej w stylu albumu "Infestissumam". Za to jak zwykle u Ghost mamy do czynienia z momentalnie zapadającą w pamięć, przebojową melodią, oraz świetnym zestawieniem ostrych gitar i wręcz popowych klawiszy.

Wybór czterech utworów, które muzycy postanowili przerobić, jest dość zaskakujący (ale przecież "If You Have Ghost" też pod tym względem zaskakiwał). Sięgnęli do repertuaru popowego Eurythmics, elektronicznego Simian Mobile Disco, oraz post-punkowych Echo & the Bunnymen i Imperiet. "Nocturnal Me" z repertuaru Echo & the Bunnymen zachował swój posępny klimat, w tej wersji dodatkowo podkreślony ciężkimi gitarami i brzmieniem organów. Bardzo dobrze wypada "I Believe" Simian Mobile Disco - z dyskotekowego gniota zrobiono zgrabną balladę z fantastyczną linią wokalną i delikatnym, klawiszowym akompaniamentem. "Missionary Man" Eurythmics jest dość bliski oryginału, choć brzmienie jest oczywiście cięższe. Znów świetnie wpleciono organy, a także... harmonijkę. Mniej udanym fragmentem jest według mnie "Bible", oryginalnie wykonywany przez szwedzki "Imperiet". Zaczyna się całkiem obiecująco - bardzo ładnej partii wokalnej towarzyszy subtelny akompaniament pianina i gitary - jednak podobnie jak w wersji oryginalnej, utwór jest zbyt rozwlekły.

"Popestar" to przyjemne wydawnictwo, umilające oczekiwanie na kolejny pełnowymiarowy album Ghost (na który, mam nadzieję, nie będzie trzeba długo czekać). Zespół zachowuje tu swoje rozpoznawalne od pierwszych sekund brzmienie, także wykonując utwory innych, odległych stylistycznie wykonawców. "Popestar" z pewnością nie przekona do grupy osób, które dotąd nie zachwyciły się twórczością Ghost, za to obecnych fanów na pewno nie zniechęci.

Ocena: 7/10



Ghost - "Popestar" EP (2016)

1. Square Hammer; 2. Nocturnal Me; 3. I Believe; 4. Missionary Man; 5. Bible

Skład: Papa Emeritus III - wokal; Nameless Ghoul △ - gitara; Nameless Ghoul ⚪ - gitara; Nameless Ghoul ▽ - bass; Nameless Ghoul - perkusja; Nameless Ghoul - instr. klawiszowe
Producent: Tom Dalgety


[Recenzja] Jeff Beck - "Blow by Blow" (1975)



W połowie lat 70. Jeff Beck postanowił nagle opuścić grupę Beck, Bogert & Appice (mimo zaawansowanych prac nad drugim albumem studyjnym) i rozpocząć solową działalność. Szybko zebrał nowy skład, w którym znalazł się dawny kompan z drugiego wcielenia The Jeff Beck Group, klawiszowiec Max Middleton, oraz nowa sekcja rytmiczna - basista Phil Chen i perkusista Richard Bailey (choć początkowo tą ostatnią rolę miał pełnić Carmine Appice). Muzycy weszli do studia, by pod okiem samego George'a Martina (słynnego producenta The Beatles), zarejestrować materiał na debiutancki album Becka, zatytułowany "Blow by Blow".

Swojego wsparcia udzielił także Stevie Wonder, który podarował Jeffowi dwie kompozycje - "Cause We've Ended as Lovers" (którą rok wcześniej nagrał ze swoją ówczesną żoną, Syreetą Wright, na album "Stevie Wonder Presents: Syreeta") i zupełnie premierową "Thelonius". W drugim z tych utworów Wonder wystąpił osobiście, grając na klawinecie (choć nie zostało to odnotowane w opisie albumu. Pozostałe utwory to głównie kompozycje Becka i Middletona, stworzone razem lub osobno, a w jednym przypadku ("AIR Blower") z pomocą Chena i Baileya. "Diamond Dust" to kompozycja niejakiego Berniego Hollanda - gitarzysty grupy Hummingbird, utworzonej po rozpadzie drugiego wcielenia The Jeff Beck Group, przez jego członków: Middletona i wokalistę Bobby'ego Trencha. Całości dopełnia przeróbka "She's a Woman" Beatlesów.

Zawartość "Blow by Blow" znacznie się różni od bluesowo-hardrockowej twórczości The Yardbirds, The Jeff Beck Group i Beck, Bogert & Appice. To zbiór instrumentalnych utworów o bardzo jamowym charakterze. Spora część utworów opiera się na intensywnej, bardzo funkowej grze sekcji rytmicznej, stanowiącej podkład do wirtuozerskich, niemal jazzowych popisów Becka ("You Know What I Mean", "Constipated Duck", "AIR Blower", "Thelonius"). Rola Middletona w tych kawałkach czasem ogranicza się do tła (np. "You Know What I Mean", "Constipated Duck"), kiedy indziej zaś muzyk wychodzi na pierwszy plan, grając solówki na przemian z Beckiem ("AIR Blower"). Dynamicznie jest także w "Freeway Jam", ale tutaj Beck i sekcja rytmiczna grają w bardziej rockowy sposób, z czym kontrastują jazzujące partie Middletona.

Pozostałe utwory mają już trochę odmienny charakter. "She's a Woman" został znacznie zwolniony i nabrał nieco latynoskiego klimatu, przez co kojarzyć się może z twórczością Santany. W nagraniu wykorzystany został talk box, dzięki czemu mamy tu namiastkę partii wokalnej. Wolnym tempem charakteryzuje się także początek "Scatterbrain", z piękną partią gitary i delikatnym, jazzującym akompaniamentem. W pewnym momencie utwór nabiera jednak mocy, za sprawą rozszalałej partii perkusji, oraz zadziornych solówek Middletona i Becka. Ciekawym kontrastem jest smyczkowe tło zaaranżowane przez Martina. Orkiestracja odgrywa jeszcze większą rolę w finałowym "Diamond Dust", który w całości jest dość stonowany. Tworzące podniosły nastrój smyczki i jazzująca gra Middletona stanowią podkład dla prześlicznych partii Becka. Najwspanialszym utworem na albumie jest jednak "Cause We've Ended as Lovers" - kolejna ballada z jazzowym podkładem, oraz cudowną solówką solówką Becka, wyjątkowo bardziej bluesową, w stylu Roya Buchanana, któremu zresztą utwór jest dedykowany.

"Blow by Blow" okazał się największym komercyjnym sukcesem w całej karierze Jeffa Becka (4. miejsce na liście w Stanach, a zarazem jedyne w pierwszej dziesiątce). Niewątpliwie jest to także jeden z jego największych artystycznych sukcesów. Tak naprawdę dopiero na tym albumie gitarzysta w pełni zaprezentował swój kunszt i wirtuozerię. Osobiście co prawda preferuje jego dokonania z The Jeff Beck Group i Beck, Boggert & Appice, które są mi bliższe stylistycznie, ale muzyka zawarta na "Blow by Blow" również wywiera na mnie wielkie wrażenie. Coraz bardziej przekonuję się do albumów w całości instrumentalnych.

Ocena: 8/10



Jeff Beck - "Blow by Blow" (1975)

1. You Know What I Mean; 2. She's a Woman; 3. Constipated Duck; 4. AIR Blower; 5. Scatterbrain; 6. Cause We've Ended as Lovers; 7. Thelonius; 8. Freeway Jam; 9. Diamond Dust

Skład: Jeff Beck - gitara, bass; Max Middleton - instr. klawiszowe; Phil Chen - bass; Richard Bailey - perkusja i instr. klawiszowe
Gościnnie: George Martin - orkiestracja (5,9); Stevie Wonder - klawinet (7)
Producent: George Martin


14 września 2016

[Recenzja] Gary Moore - "Blues for Greeny" (1995)



"Blues for Greeny" to hołd dla jednego z największych idoli Gary'ego Moore'a - Petera Greena. Na repertuar złożyły się wyłącznie utwory, które Green nagrał z Johnem Mayallem i Bluesbreakers ("The Same Way", "The Supernatural") lub z Fleetwood Mac (wszystkie pozostałe). W zdecydowanej większości są to kompozycje jego autorstwa lub współautorstwa (z wyjątkiem "Need Your Love So Bad" z repertuaru Little Williego Johna). Co ciekawe, Moore nie sięgnął po najbardziej oczywiste utwory - jak "Black Magic Woman", "Albatross", "Oh Well" czy "The Green Manalishi" - lecz wybrał mniej znane kompozycje. Smaczku dodaje fakt, że Moore gra tutaj na tej samej gitarze, na której Green grał w oryginalnych wersjach.

Brzmieniowo album nie różni się od dwóch poprzednich solowych albumów Moore'a. Cieszy natomiast, że - w porównaniu do "After Hours" - znacznie uproszczone zostały aranżacje. Całkowicie zrezygnowano z żeńskich chórków, zaś udział sekcji dętej ograniczono do ledwie dwóch utworów ("If You Be My Baby" i "Love That Burns" - ten drugi  również w wersji oryginalnej zawiera partie saksofonu), a w jednym pojawiają się smyczki ("Need Your Love So Bad"). Wykonania są ogólnie zbliżone do pierwowzorów. Czasem tylko bardziej rozbudowane zostały solówki (np. w "If You Be My Baby", "Need Your Love So Bad", "Looking for Somebody" i przede wszystkim w prawie trzykrotnie dłuższym "Driftin'"), które jednak zachowują klimat oryginałów. W rezultacie jedyne poważniejsze różnice między tymi wersjami, a oryginalnymi, to głos Moore'a i bardziej współczesne brzmienie. To drugie, w zależności od indywidualnego gustu słuchacza, może być zaletą lub wadą. Dla mnie akurat działa na niekorzyść. Do bluesa zdecydowanie lepiej pasuje brzmienie lat 60. Wypolerowana produkcja z lat 90. nie jest w stanie w pełni oddać magicznego klimatu oryginalnych wersji.

"Blues for Greeny" to przyjemny album, który broni się jednak przede wszystkim jako kolejny album Gary'ego Moore'a. Jako hołd dla Petera Greena już słabiej, bo wykonania są zbyt zachowawcze. Choć w sumie dobrze, że powstał. Z pewnością właśnie dzięki niemu wiele osób odkryło (lub dopiero odkryje) wspaniałą twórczość wczesnego Fleetwood Mac i Bluesbreakers. Za promowanie takiej muzyki należy się pozytywna ocena.

Ocena: 7/10



Gary Moore - "Blues for Greeny" (1995)

1. If You Be My Baby; 2. Long Grey Mare; 3. Merry-Go-Round; 4. I Loved Another Woman; 5. Need Your Love So Bad; 6. The Same Way; 7. The Supernatural; 8. Driftin'; 9. Showbiz Blues; 10. Love That Burns; 11. Looking for Somebody

Skład: Gary Moore - wokal i gitara; Andy Pyle - bass; Graham Walker - perkusja; Tommy Eyre - instr. klawiszowe
Gościnnie: Nick Payn - saksofon (1,10); Nick Pentelow - saksofon (1,10)
Producent: Gary Moore i Ian Taylor


12 września 2016

[Recenzja] Pentagram - "Pentagram" (1985)



Niekwestionowanym prekursorem doom metalu jest grupa Black Sabbath. Charakterystyczne elementy jej stylu - jak mroczny klimat, ciężkie brzmienie i posępne riffy  - szybko zostały podchwycone przez różnych naśladowców. Po odrzuceniu przez nich innych ważnych cech muzyki Sabbath (np. bluesowych korzeni i chęci eksperymentowania z innymi stylami), narodził się doom metal. Jednym z najwcześniejszych i najważniejszych przedstawicieli tego stylu jest amerykański zespół Pentagram. Grupa powstała już w 1971 roku, ale przez wiele lat nie zdołała nikogo zainteresować swoją muzyką. Z pewnością nie pomagały częste zmiany składu (jedynym stałym członkiem był wokalista Bobby Liebling) i nazwy. W połowie lat 80. muzycy postanowili wydać własnym sumptem album długogrający. W rzeczywistości były to nagrania demo, zarejestrowane w latach 1981-82 (wydane w 1982 roku na kasecie "All Your Sins", sygnowanej nazwą Death Row), do którego w 1984 roku dograno trochę nowych partii, przede wszystkim wokalnych i gitarowych, a także przygotowano nowy miks.

Mimo tych zabiegów, brzmienie całości pozostało bardzo surowe i suche. Na pierwszy plan wysunięte są wokalne partie Lieblinga - dość zresztą przeciętne - oraz gitara Victora Griffina, którego riffy i solówki dobitnie zdradzają uwielbienie dla Tony'ego Iommiego, choć oczywiście daleko mu do geniuszu gitarzysty Black Sabbath. Perkusista Joe Hasselvander gra bardzo energetycznie, ale bez większej finezji, zaś gitary basowej Martina Swaneya w większości utworów praktycznie nie słychać (z wyjątkiem "Dying World" i "The Deist", w których momentami wychodzi na pierwszy plan). Pod względem stylistycznym i aranżacyjnym album jest bardzo jednorodny, wszystkie utwory zostały przygotowane według jednego schematu - nieustanne riffowanie, bez żadnych zaskakujących przejść czy zwolnień. Im dalej, tym bardziej poszczególne utwory się ze sobą zlewają. Choć zdarzają się tutaj też przebłyski - utwory, w których muzycy niemal zbliżają się do poziomu swoich idoli. Do nich należą intensywne "Relentless" i "All Your Sins", z pełnym pasji riffowaniem Griffina i takimże śpiewem Lieblinga. Albo wolny i klimatyczny "The Ghoul". A zwłaszcza posępny "Sinister" z naprawdę dobrym riffowaniem i przyzwoitymi solówkami, oraz "Sign of the Wolf (Pentagram)", wyróżniający się naprawdę chwytliwą melodią - tych dwóch kompozycji nie powstydziliby się muzycy Black Sabbath (szczególnie w drugiej połowie lat 70.).

Co ciekawe, album nigdy nie został wznowiony w tej formie, co niskonakładowe wydanie z 1985 roku, stanowiące dziś prawdziwy unikat. Wszystkie reedycje wydane zostały pod tytułem "Relentless", z nową okładką i - co najbardziej kontrowersyjne - zawierają oryginalny miks z 1982 roku, bez późniejszych poprawek.

Debiutancki album Pentagram to jeden wielki hołd dla Black Sabbath. Nie da się jednak ukryć, że Victorowi Griffinowi daleko do geniuszu Tony'ego Iommiego, Bobby Liebling nie ma charyzmy Ozzy'ego Osbourne'a, a sekcja rytmiczna nie gra w tak wyrafinowany sposób, jak Geezer Butler i Bill Ward. Mimo wieloletniego doświadczenia, muzycy Pentagram wciąż sprawiają tutaj wrażenie amatorów. Pod względem kompozytorskim jest całkiem przyzwoicie, a w porywach naprawdę dobrze, ale nawet w tych najlepszych fragmentach mamy do czynienia z mniej porywającą kopią Black Sabbath. Longplay może zachwycać tylko największych i najmniej wymagających wielbicieli takiej stylistyki.

Ocena: 6/10



Pentagram - "Pentagram" (1985)

1. Relentless; 2. Sign of the Wolf (Pentagram); 3. All Your Sins; 4. Run My Course; 5. Death Row; 6. Dying World; 7. The Ghoul; 8. You're Lost I'm Free; 9. The Deist; 10. Sinister; 11. 20 Buck Spin

Skład: Bobby Liebling - wokal; Victor Griffin - gitara; Martin Swaney - bass; Joe Hasselvander - perkusja
Producent: Bobby Liebling, Victor Griffin i Tim Kidwell