22 marca 2017

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Greatest Hits" (1971)



Tytuł mówi wszystko. To po prostu składanka największych hitów Fleetwood Mac nagranych do 1971 roku. A więc głównie w bluesowym okresie, gdy grupą dowodził Peter Green (jedynie utwór "Dragonfly" został nagrany już po jego odejściu). Jest to jednak pozycja o tyle godna uwagi, że zawiera przede wszystkim utwory wcześniej wydane wyłącznie na singlach, ewentualnie na innych kompilacjach. "Greatest Hits" stanowi zatem doskonałe uzupełnienie pierwszych trzech albumów zespołu. I zdecydowanie nie należy traktować tego wydawnictwa wyłącznie jako suplementu dla największych fanów, gdyż owe niealbumowe przeboje są znacznie ciekawsze niż spora część regularnych longplayów.

To dość zróżnicowany materiał. Rozpoczyna się od dwóch hardrockowych utworów: rewelacyjnego "The Green Manalishi (With the Two-Prong Crown)", z nieoczywistą strukturą i dość posępnym klimatem, który nie wyklucza jednak przebojowości (utwór został później zcoverowany przez Judas Priest), oraz niewiele mu ustępującego, rozpędzonego "Oh Well (Part 1)", zakończonego akustyczną kodą. Rozwinięciem tego motywu jest instrumentalny "Oh Well (Part 2)" - niemal progrockowy utwór, z misternymi partiami Greena na gitarze akustycznej, którym towarzyszą dźwięki fletu i wiolonczeli. Zupełnie inny klimat przynosi "Need Your Love So Bad" z repertuaru Little Williego Johna - klasyczny wolny blues, wzbogacony o orkiestrację stylizowaną na lata 40./50. Z kolei "Dragonfly" to przyjemna, łagodna kompozycja Danny'ego Kirwana, nieodbiegająca daleko od jego utworów z albumu "Then Play On". Ożywienie przynosi energetyczny blues rock "Black Magic Woman", po którym rozbrzmiewają jeszcze dwie łagodniejsze kompozycje - prześliczny instrumentalny temat na dwie gitary, czyli słynny "Albatross" (największy przebój w całej karierze zespołu!), oraz zgrabna ballada "Man of the World".

Całości dopełniają cztery utwory oryginalnie wydane na regularnych albumach. Szczególnie cieszy obecność dwóch najlepszych utworów z "Mr. Wonderful", czyli "Stop Messin' Round" i fantastycznej ballady "Love That Burns". W zupełności wyczerpują one potencjał tego longplaya. Najlepszy studyjny album grupy, "Then Play On", reprezentowany jest tylko jednym utworem, "Rattlesnake Shake". Wybór całkowicie uzasadniony, bo to jedyny jego fragment wydany na singlu, a do tego naprawdę świetny utwór. Ten longplay ma jednak do zaoferowania znacznie więcej i dlatego trzeba go znać w całości. Najgorzej wypada reprezentacja debiutanckiego "Fleetwood Mac", gdyż rockandrollowy "Shake Your Moneymaker" kompletnie nie pasuje do pozostałych utworów. Utwór ten nawet nie był przebojem - singiel nie wszedł na żadne notowanie. Równie dobrze mógł się tu zatem znaleźć np. "Something Inside of Me" (z amerykańskiej kompilacji "English Rose"), który do całości pasowałby znacznie lepiej, a w dodatku jeszcze bardziej by podniósł wartość tej kompilacji jako zbioru trudniej dostępnych, a wartościowych nagrań.

Nie jestem wielbicielem składanek, ale muszę przyznać, że "Greatest Hits" to, obok "Then Play On",  najlepsza rzecz, jaka ukazała się pod szyldem Fleetwood Mac. To niekwestionowany szczyt kompozytorskich i wykonawczych umiejętności Petera Greena, Danny'ego Kirwana, Johna McVie i Micka Fleetwooda. Pozycja obowiązkowa.

Ocena: 9/10

PS. Niektóre kompaktowe reedycje zawierają znacznie zmienioną tracklistę, na której pominięto utwory "The Green Manalishi", obie części "Oh Well", "Rattlesnake Shake", "Dragonfly" i "Man of the World", zastępując je znacznie mniej ciekawymi kawałkami z dwóch pierwszych albumów i stron B singli.



Fleetwood Mac - "Greatest Hits" (1971)

1. The Green Manalishi (With the Two Prong Crown); 2. Oh Well (Part 1); 3. Oh Well (Part 2); 4. Shake Your Moneymaker; 5. Need Your Love So Bad; 6. Rattlesnake Shake; 7. Dragonfly; 8. Black Magic Woman; 9. Albatross; 10. Man of the World; 11. Stop Messin' Round; 12. Love That Burns

Skład: Peter Green - wokal (1,5,6,8,10-12), gitara (1-6,8-12), bass (1), wiolonczela (3), instr. perkusyjne (3); Danny Kirwan - gitara (1,2,6,7,9,10), wokal (7); John McVie - bass; Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne; Jeremy Spencer - pianino (3), wokal (4), gitara (4)
Gościnnie: Sandra Elsdon - flet (3); Mickey Baker - orkiestracja (5); Christine Perfect - pianino (11,12); Steve Gregory, Dave Howard, Johnny Almond, Roland Vaughan - saksofony (11,12)
Producent: Mike Vernon i Fleetwood Mac


21 marca 2017

[Recenzja] Santana - "Lotus" (1974)



Rok 1973 był niezwykle pracowity dla Carlosa Santany. Pierwsze miesiące pochłonęła współpraca z Johnem McLaughlinem, której wynikiem był album "Love Devotion Surrender" - w całości instrumentalny, utrzymany w stylistyce fusion. Ledwie zakończyła się sesja nagraniowa, a meksykański gitarzysta wrócił do studia, by rozpocząć pracę nad kolejnym albumem grupy Santana. Longplay zatytułowany "Welcome" jest kontynuacją jazzowego kierunku obranego na poprzednich albumach, lecz jednocześnie zrywa całkowicie z charakterystycznym dla grupy eklektyzmem. Niestety, same utwory wypadają bardzo słabo na tle wcześniejszych dokonań grupy. Już po nagraniu albumu, a jeszcze przed jego wydaniem, zespół wyruszył na trasę koncertową. Właśnie w jej trakcie, a konkretnie 3 i 4 lipca w Osace, zarejestrowany został pierwszy koncertowy album grupy, "Lotos".

To naprawdę obszerny materiał - ponad dwie godziny muzyki, rozłożone na trzy płyty winylowe (kompaktowe reedycje zazwyczaj są okrojone o kilka utworów). Na repertuar składają się aż 23 utwory, w większości znane z regularnych albumów, ale znacznie rozbudowane i przearanżowane, uzupełnione zupełnie nowymi kompozycjami o charakterze improwizacji. Wyraźnie daje o sobie znać fascynacja Carlosa jazzem. Nawet utwory, które w oryginalnych wersjach nie miały z jazzem nic wspólnego, tutaj nabrały zdecydowanie jazzowego charakteru. Chyba najbardziej słychać to na przykładzie "Black Magic Woman", który w tej wersji nie ma już nic z bluesowego pierwowzoru Fleetwood Mac. Warto zauważyć, że to jedyny utwór, w którym pojawia się "normalna" partia wokalna (interpretacja Leona Thomasa wypada bardzo słabo w porównaniu z wykonaniami Gregga Roliego i Petera Greena), poza tym w "Se a Cabo" i "Toussaint L'Overture" pojawiają się latynoskie wokalizy, a cała reszta to granie instrumentalne. Na pierwszym planie dominuje gitara Santany, będącego w swojej szczytowej formie. To właśnie tutaj gra swoje życiowe solówki, z jednej strony przesiąknięte relaksującym, latynoskim klimatem, a z drugiej - rockowo zadziorne w brzmieniu. Pozostali muzycy też mają sporo okazji do zaprezentowania swoich umiejętności. Najwspanialsze momenty albumu to właśnie te oparte na zespołowych improwizacjach, jak "Every Step of the Way" czy przede wszystkim rozbudowany do 17-minut "Incident at Neshabur".

Mimo wszystko, przydałaby się tu jakaś selekcja materiału. Utwory mają bardzo podobny charakter, co w pewnym momencie zaczyna trochę nudzić. W bardziej skondensowanej formie album robiłby jeszcze lepsze wrażenie. Wyrzuciłbym przede wszystkim "Kyoto" - zdecydowanie za długą, dziesięciominutową solówkę perkusyjną Michaela Shrieve'a. Chyba nigdy nie zrozumiem, jak można zachwycać się solówkami perkusistów - chyba, że robią to inni perkusiści. Ogólnie jednak jest to naprawdę dobra koncertówka i być może najwspanialsza rzecz, jaką kiedykolwiek nagrał Carlos Santana.

Ocena: 8/10



Santana - "Lotus" (1974)

LP1: 1. Meditation; 2. Going Home; 3. A-1 Funk; 4. Every Step of the Way; 5. Black Magic Woman; 6. Gypsy Queen; 7. Oye Como Va; 8. Yours Is the Light; 9. Batukada; 10. Xibaba (She-Ba-Ba)
LP2: 1. Stone Flower; 2. Waiting; 3. Castillos de Arena (Part 1); 4. Free Angela; 5. Samba de Sausalito; 6. Mantra; 7. Kyoto; 8. Castillos de Arena (Part 2); 9. Se a Cabo
LP3: 1. Samba Pa' Ti; 2. Savor; 3. Toussaint L'Overture; 4. Incident at Neshabur

Skład: Carlos Santana - gitara, instr. perkusyjne, wokal (LP2: 9, LP3: 3); Tom Coster - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal (LP2: 9); Richard Kermode - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal (LP3: 3); Doug Rauch - bass; Michael Shrieve - perkusja; Leon Thomas - instr. perkusyjne, wokal (LP1: 5, LP2: 9, LP3: 3); José Areas - instr. perkusyjne, wokal (LP3: 3); Armando Peraza - instr. perkusyjne
Producent: Carlos Santana, Richard Kermode, Michael Shrieve, Doug Rauch, Tom Coster, Armando Peraza, Jose Areas


20 marca 2017

[Recenzja] Salem Mass - "Witch Burning" (1971)



Miasto Salem w stanie Massachusetts zasłynęło dzięki XVII-wiecznym procesom czarownic. Wydarzenia te zainspirowały niezliczoną ilość pisarzy, filmowców i muzyków. Wśród tych ostatnich znalazła się m.in. grupa Rush (utwór "Witch Hunt"), a także zdecydowanie mniej znany kwartet Salem Mass. Ten tajemniczy zespół, o którym zachowało się niewiele informacji, istniał przez krótki czas na początku lat 70. i pozostawił po sobie jeden, wydany własnym sumptem album, zatytułowany "Witch Burning". Zawarta na nim muzyka to właściwie typowe dla tamtych czasów granie na pograniczu psychodelii i hard rocka, jednak poza typowym dla tych stylów instrumentarium - gitarą, basem, perkusją i organami - na szeroką skalę wykorzystano tutaj także syntezator Mooga (jeden z pierwszych, jakie zostały wyprodukowane), nadający pewnej unikalności.

Zespół odkrywa wszystkie swoje karty już w rozpoczynającym album utworze tytułowym. "Witch Burning" to dziesięciominutowa kompozycja o dość ponurym nastroju, oparta na świetnym gitarowym riffie, wyrazistej grze sekcji rytmicznej, organowym tle i kilku ciekawych solówkach na Moogu. Naprawdę mocna rzecz. Nie przekonuje jedynie partia wokalna, która jest wręcz irytująca. Interesująco wypada także ballada "My Sweet Jane", prowadzona zgrabną melodią, a w warstwie instrumentalnej zdominowana przez różne brzmienia klawiszowe, nadające jej lekko posępny charakter. Podobny klimat i równie ciekawe partie klawiszy przynosi także druga ballada, "Bare Trees". Ale zespół świetnie radzi sobie także w bardziej energetycznych i zadziornych utworach, jak hardrockowy riffowiec "You Can't Run My Life" i bardzo chwytliwy "The Drifter" (brzmiący jak inspiracja Blue Öyster Cult), oba wyróżniające się fajnymi solówkami na gitarze i klawiszach. Równie przebojowo i energetycznie, ale łagodniej brzmieniowo jest w "You're Just a Dream" i najsłabszym na albumie "Why", zepsutym sztampową, wesołą melodią, która nijak nie pasuje do klimatu pozostałych utworów.

Połączenie elektronicznego brzmienia Mooga z typowym dla wczesnych lat 70. rockiem dało naprawdę ciekawy efekt. Album polecam miłośnikom psychodelii i hard rocka tamtej kreatywnej epoki.

Ocena: 8/10



Salem Mass - "Witch Burning" (1971)

1. Witch Burning; 2. My Sweet Jane; 3. Why; 4. You Can't Run My Life; 5. You're Just a Dream; 6. Bare Tree; 7. The Drifter

Skład: Jim Klahr - instr. klawiszowe; Mike Snead - gitara, wokal; Matt Wilson - bass, wokal; Steve Towery - perkusja, wokal
Producent: Salem Mass


16 marca 2017

[Recenzja] Depeche Mode - "Spirit" (2017)



Czternasty album studyjny Depeche Mode to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku. Oczywiście wynika to głównie z sentymentu fanów i wielkiej promocji ze strony wytwórni. Nie ma co ukrywać, że zespół od dawna niczym już nie zaskakuje, a i poziom ostatnich albumów nie jest szczególnie wysoki. Jedno trzeba jednak przyznać - do tej pory nawet gdy muzycy nagrali słaby materiał, to dało się wykroić z niego kilka przebojowych singli. Takie utwory, jak "Precious", "Wrong" czy "Heaven", śmiało można już nazwać depeszową klasyką. Tym bardziej zaskoczyła mnie zapowiedź nowego albumu, w postaci utworu "Where's the Revolution". Teoretycznie wszystko jest tu na swoim miejscu - nowoczesna elektronika, wtopione w nią charakterystyczne zagrywki gitarowe Martina Gore'a, oraz wciąż świetny głos Dave'a Gahana - ale zdecydowanie nie można nazwać tego utworu przebojowym, brakuje mu wyrazistej melodii. A dobra melodia powinna być przecież podstawą u takiego zespołu, jak Depeche Mode. Jeśli grupa popowa promuje nowy album tak niechwytliwym singlem, to z dużym prawdopodobieństwem świadczy to o kryzysie twórczym...

Tymczasem na longplayu znajdują się utwory, które o wiele lepiej nadawałby się na singiel. Przede wszystkim "No More (This Is The Last Time)", stricte elektroniczny, wyróżniający się naprawdę wspaniałym refrenem. Obstawiam, że zostanie wydany na kolejnej małej płytce. Ale spore szanse mają na to także energetyczny "So Much Love", brzmiący jak zapomniana kompozycja z sesji "Playing the Angel", oraz "Poorman", zwracający uwagę przede wszystkim świetną partią Gahana. W obu utworach zdecydowanie większą, niż w nagraniu singlowym, rolę pełni gitara, ciekawie dopełniająca elektroniczne brzmienia. Spory potencjał ma także "Going Backwards", który za sprawą gitarowo-fortepianowego motywu i podobnego klimatu kojarzy się z jednym z największych przebojów grupy, "Walking In My Shoes". Tu również pojawia się wyrazista melodia - może najlepsza na całym albumie - ale trochę brakuje ciekawego rozwinięcia, utwór wydaje się trochę zbyt monotonny. Ze wszystkimi tymi utworami jest jednak pewien problem - żaden z nich nie oddaje charakteru całego longplaya. "Where's the Revolution" jest o wiele bardziej reprezentatywny, a słuchany jako część albumu tylko zyskuje. I chyba tym właśnie należy tłumaczyć jego wybór na singiel.

Reszta albumu nie zapada łatwo w pamięć. Ba, w takich "Scum" i "You Move" melodie są śladowe. Pod względem muzycznym przypominają bezsensowne eksperymenty z elektroniką Martina Gore'a pod szyldami VCMG i MG. Jedynie obecność partii wokalnych daje pozory piosenkowości. Pozostałe utwory to już bardziej stonowane kompozycje. Czasem z wręcz ambientowym akompaniamentem, jak w "Eternal" czy "Cover Me" (choć drugi z nich w połowie nabiera dynamiki, a pierwszoplanową rolę przejmuje tandetny elektroniczny motyw, uzupełniony dźwiękami elektrycznej gitary hawajskiej). Bardzo subtelny jest także "The Worst Crime", w którego akompaniamencie wyjątkowo dominuje gitara. To najładniejszy fragment albumu, obok lekko bluesującego "Poison Heart" z przepięknym refrenem. To jeden z czterech utworów współautorstwa Gahana (obok "No More", "You Move" i "Cover Me"), jako jedyny kojarzący się z jego twórczością z grupą Soulsavers. Tradycyjnie, na albumie znalazły się także utwory, w których rolę głównego wokalisty pełni Gore. Wspomniany już "Eternal" nie wyróżnia się niczym szczególnym, za to klimatyczny, powoli narastający "Fail" to najlepszy ze śpiewanych przez niego utworów na albumach grupy z XXI wieku.

Ocena "Spirit" sprawia mi pewien problem. To bardzo nierówny album. I o ile najsłabsze fragmenty prezentują naprawdę niski poziom, tak najlepsze nawet nie zbliżają się do szczytowych osiągnięć grupy. A z drugiej strony, wraz z kolejnymi przesłuchaniami coraz bardziej mi się ten album podoba. Tylko czy nie jest to spowodowane zasadą, że najbardziej podoba się ta muzyka, którą się już wielokrotnie słyszało? Na wszelki wypadek zostawię ocenę zgodną z moim pierwszym wrażeniem. A jeśli album zniesie próbę czasu i będę do niego chętnie wracał - wtedy tu wrócę i ją podwyższę. Obawiam się jednak, że "Spirit" podzieli los "Sounds of the Universe" i "Delta Machine", o których wyjątkowo szybko zapomniałem.

Ocena: 6/10



Depeche Mode - "Spirit" (2017)

1. Going Backwards; 2. Where's the Revolution; 3. The Worst Crime; 4. Scum; 5. You Move; 6. Cover Me; 7. Eternal; 8. Poison Heart; 9. So Much Love; 10. Poorman; 11. No More (This Is The Last Time); 12. Fail

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - instr. klawiszowe, gitara, wokal (7,12), dodatkowy wokal; Andy Fletcher - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: James Ford - perkusja, gitara hawajska (6); Kurt Uenala - bass (8,11)
Producent: James Ford


15 marca 2017

[Recenzja] Blodwyn Pig - "Ahead Rings Out" (1969)



Ian Anderson z Jethro Tull nie należy do liderów z którymi łatwo się współpracuje. Jako pierwszy przekonał się o tym gitarzysta Mick Abrahams, który przez konflikt z Andersonem opuścił zespół wkrótce po ukazaniu się jego debiutanckiego albumu, "This Was". Abrahams szybko zebrał muzyków do nowego składu, który przyjął nazwę Blodwyn Pig. Byli to: saksofonista i flecista Jack Lancaster, basista Andy Pyle (późniejszy członek Savoy Brown, The Kinks i Wishbone Ash), oraz perkusista Ron Berg. Zespół wydał, na przełomie lat 60. i 70., dwa albumy, które odniosły spory sukces komercyjny - sprzedawały się niewiele gorzej od ówczesnych wydawnictw Jethro Tull. Kariera i popularność Blodwyn Pig nie trwały jednak długo. W 1971 roku Abrahams postanowił działać jako solista, a choć pozostali muzycy znaleźli nowego gitarzystę - Petera Banksa, który właśnie odszedł z Yes - to wkrótce podjęli decyzję o zakończeniu kariery. Reaktywacja oryginalnego składu w latach 90. przeszła bez echa. Obecnie nazwę Blodwyn Pig kojarzą chyba tylko zagorzali wielbiciele Jethro Tull.

Nie ma zresztą sensu ukrywać, że nigdy nie była to wybitna grupa. Debiutancki album "Ahead Rings Out" to wręcz podręcznikowy przykład typowego dla tamtych czasów blues rocka. Energetyczne, dość chwytliwe kawałki ("It's Only Love", "Sing Me a Song That I Know", oraz ciężki, wręcz hardrockowy "Ain't Ya Coming' Home, Babe?") przeplatają się tutaj z wolną bluesową balladą ("Up and Coming"), graniem akustycznym ("Dear Jill", "The Change Song", "Backwash") i instrumentalnymi jamami ("The Modern Alchemist", "Leave It With Me"). W przeciwieństwie do większości bluesrockowych wykonawców, zespół postawił wyłącznie na autorski repertuar, nie wspomagając się cudzymi kompozycjami. Niestety, Abrahams - autor lub współautor większości utworów - nie sprawdził się jako kompozytor. Brakuje wyrazistych melodii i choćby prób wyjścia poza utarte schematy bluesowe. Równie niskie mniemanie mam o jego zdolnościach wokalnych. Gitarzystą jest natomiast przyzwoitym, ale nie mającym własnego stylu i nie grającym zbyt porywająco.

Całość ratuje udział Jacka Lancastera. Zdolnego muzyka, który wzorując się na swoim idolu, Rahsaanie Rolandzie Kirku, nauczył się grać na dwóch saksofonach jednocześnie, dzięki czemu czasem można odnieść wrażenie, że w utworach udziela się mała sekcja dęta, a nie jeden muzyk. Jego niebanalna gra często dodaje utworom nieco jazzowego charakteru. Największym popisem Lancastera są wspomniane dwa instrumentalne utwory/improwizacje, podpisane zresztą jako jego kompozycje. Obie opierają się na bardziej jazzowej rytmice. Dynamiczny "The Modern Alchemist" wyróżnia się większą interakcją wszystkich muzyków, choć pierwszoplanową rolę pełnią rewelacyjne solówki na saksofonie. Z kolei bardziej subtelny "Leave It With Me" w większym stopniu opiera się na indywidualnych popisach - słyszymy tu kolejno solówki na flecie, gitarze, basie i znów flecie. Właśnie dla tych dwóch utworów warto sięgnąć po ten album.

W Stanach album został wydany z nieco zmodyfikowaną tracklistą. Wypadły z niej utwory "Sing Me a Song That I Know" i - o zgrozo! - "Leave It With Me", doszedł natomiast "Walk on the Water" z niealbumowego singla, oraz "See My Way", w Europie wydany na drugim albumie grupy, "Getting to the Point". Pierwszy z nich wypada dość chaotycznie, jakby muzycy chcieli zmieścić jak najwięcej pomysłów w ciągu niespełna czterech minut, ale nie mieli pojęcia, jak je zgrabnie ze sobą połączyć. Zdecydowanie lepiej wypada "See My Way", łączący hardrockowy czad z zaskakująco dobrą melodią i ciekawymi fragmentami instrumentalnymi. Oba utwory, wraz kilkoma innymi bonusami, można znaleźć na kompaktowym wznowieniu "Ahead Rings Out" z 2006 roku (zawierającym także wszystkie utwory z oryginalnego europejskiego wydania). Jeśli zaś chodzi o album "Getting to the Point", to poza "See My Way" nie ma nim niczego godnego uwagi. Dlatego też wspominana reedycja debiutu jest jedynym wydawnictwem Blodwyn Pig, jakie warto posiadać.

"Ahead Rings Out" to w sumie dość przyjemny album, łączący bardzo stereotypowy blues rock z interesującymi jazzowymi naleciałościami i odrobinką hard rocka. Istnieją znacznie lepsze albumy w tym stylu, ale dla jego wielbicieli nie powinno to być powodem, aby i po ten nie sięgnąć.

Ocena: 7/10



Blodwyn Pig - "Ahead Rings Out" (1969)

1. It's Only Love; 2. Dear Jill; 3. Sing Me a Song That I Know; 4. The Modern Alchemist; 5. Up and Coming; 6. Leave It With Me; 7. The Change Song; 8. Backwash; 9. Ain't Ya Coming' Home, Babe?

Skład: Mick Abrahams - wokal i gitara; Jack Lancaster - saksofon i flet, skrzypce (7); Andy Pyle - bass; Ron Berg - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Andy Johns



13 marca 2017

[Recenzja] Buffalo - "Volcanic Rock" (1973)



Odległa Australia nie mogła liczyć na częste wizyty Europejskich i Amerykańskich wykonawców, więc już w latach 50. zaczęła tworzyć się tam własna scena muzyczna, która w kolejnych dekadach coraz bardziej rosła w siłę. Niemal każdy nurt muzyki rozrywkowej ma tam swoich przedstawicieli. Pomimo tego, przeciętny słuchacz z północnej półkuli nie ma wielkiej wiedzy na temat tamtej muzyki. Zazwyczaj kończy się ona na dwóch zespołach - AC/DC i Bee Gees. Ci bardziej dociekliwi wymienią jednak więcej nazw, chociażby The Easybeats, The Masters Apprentices, czy Buffalo. Ostatnia z tych grup zadebiutowała w 1972 roku albumem "Dead Forever...", zawierającym przeciętną mieszankę hard rocka, psychodelii i bluesa. Muzycy rozwijali się jednak w zaskakującym tempie i już na wydanym rok później "Volcanic Rock" zaprezentowali znacznie lepszy poziom. Album ten to naprawdę udana australijska odpowiedź na twórczość takich grup, jak Black Sabbath, Led Zeppelin czy Grand Funk Railroad.

Longplay został zarejestrowany w znacznym stopniu na żywo (ale w studiu), później dograno tylko wokal i gitarowe nakładki. Być może właśnie dzięki tej metodzie, album brzmi ciężej, ostrzej, bardziej surowo, ale i bardziej energetycznie od debiutu. Całość rozpoczyna niesamowicie czadowy , rozpędzony "Sunrise (Come My Way)", oparty na świetnym riffowaniu i ciężkiej grze sekcji rytmicznej, z zadziorną partią wokalną. Dave Tice zdecydowanie nie jest wybitnym wokalistą, ale jego zdarty głos dobrze pasuje do tej muzyki. Z kolei instrumentaliści nie są żadnymi wirtuozami, ale przecież nie trzeba wielkich umiejętności, aby dobrze wykonywać taką muzykę. Wystarczą dobre pomysły jak uniknąć sztampy - a tego tu raczej nie brakuje. Już na drugiej ścieżce znajduje się najlepsza kompozycja grupy, "Freedom". Dziewięciominutowy utwór o hipnotyzującym klimacie, budowanym przez wolną, wyrazistą grę sekcji rytmicznej i psychodeliczną, brudną partię gitary. Dwie dekady później podobnie zaczęły grać grupy, których styl nazwano stoner rockiem/metalem, ale moim zdaniem robią to znacznie gorzej, stawiając bardziej na ciężar, zazwyczaj całkiem rezygnując z klimatu. Dalej niestety poziom albumu odrobinę spada. Czadowy "Till My Death", wolniejszy "The Prophet", oraz instrumentalny jam "Intro: Pound of Flesh" to niezłe kawałki, ale nie zachwycają tak, jak początek albumu. Świetnie wypada natomiast finałowy "Shylock" - ciężki, utrzymany w szybkim tempie, ale urozmaicony wolniejszymi wstawkami z posępnym, niemal sabbathowym riffem.

Nawiązując poniekąd do okładki albumu, "Volcanic Rock" to absolutny szczyt australijskiego hard rocka. Solidna dawka energii, ciężaru, dobrych riffów i całkiem niezłych, choć przykrytych surowym brzmieniem melodii, czynią ten longplay obowiązkową pozycją dla sympatyków ciężkiego rocka (ale tylko dla nich). Niestety, grupa Buffalo już nigdy nie wspięła się na ten poziom. Trochę fajnego hard rocka można znaleźć na kolejnym longplayu, "Only Want You for Your Body" z 1974 roku (m.in. znacznie cięższą wersję "I'm Coming On" z repertuaru Ten Years After), ale jest już na nim słyszalny zwrot w stronę bardziej komercyjnego grania, jakie wypełnia dwa ostatnie albumy zespołu, "Mother's Choice" (1976) i "Average Rock 'n' Roller" (1977), które należy omijać szerokim łukiem.

Ocena: 8/10



Buffalo - "Volcanic Rock" (1973)

1. Sunrise (Come My Way); 2. Freedom; 3. Till My Death; 4. The Prophet; 5. Intro: Pound of Flesh; 6. Shylock

Skład: Dave Tice - wokal; John Baxter - gitara; Peter Wells - bass; Jimmy Economou - perkusja
Producent: Spencer Lee


10 marca 2017

[Recenzja] Caravan - "Caravan" (1969)



Jednym z najciekawszych nurtów rocka progresywnego jest tzw. Scena Canterbury. Wbrew nazwie, do nurtu zaliczane są zespoły z różnych stron świata, jednak te najważniejsze, a więc także najwcześniejsze, były tworzone głównie przez muzyków z brytyjskiego miasta Canterbury. Ze względu na liczne personalne powiązania między tymi grupami, w ich muzyce można znaleźć wiele cech wspólnych, jednak każda z nich grała trochę inaczej. Świetnie słychać to na przykładzie trzech najbardziej znanych przedstawicieli nurtu: jazzowego Soft Machine, psychodeliczno-spacerockowego Gong, oraz grającego bardziej przystępnie Caravan. Pora przyjrzeć się bliżej temu ostatniemu.

Zespół powstał w 1968 roku z inicjatywy czterech muzyków: dwóch kuzynów, śpiewającego basisty Richarda Sinclaira i klawiszowca Davida Sinclaira, oraz śpiewającego gitarzysty Pye'a Hastingsa i perkusisty Richarda Coughlana. Dwaj pierwsi zainteresowani byli bardziej ambitną muzyką, podczas gdy dwóch pozostałych ciągnęło w stronę prostszego, bardziej komercyjnego grania. Znalazło to odbicie w twórczości Caravan. Debiutancki album grupy to zbiór przeważnie krótkich utworów, bliższych rocka psychodelicznego, niż progresywnego. Ich brzmienie jest łagodne, a struktury piosenkowe. Opierają się na prostych rytmach, gitara jest zwykle wycofana w miksie, zaś pierwszy plan wypełniają charakterystyczne, klimatyczne klawisze i głosy wokalistów.

Słucha się tego naprawdę przyjemnie. Do najlepszych fragmentów zaliczyć muszę przede wszystkim "Place of My Own", świetny muzycznie i bardzo melodyjny, z wprost rewelacyjnym refrenem, najbardziej chwytliwym w całej twórczości grupy, a zarazem niepopadającym w popowy banał. Inne ciekawe momenty to np. orientalizujący "Ride", subtelny "Love Song with Flute" (z partią fletu w wykonaniu Jimmy'ego Hastingsa, brata Pye'a), oraz nieco dziwny, zaskakujący ostrzejszymi wstawkami "Cecil Runs". Odrębną kategorię stanowi finałowy "Where but for Caravan Would I?", pokazujący bardziej ambitne oblicze grupy - dziesięciominutowa kompozycja, zróżnicowana pod względem dynamicznym i rytmicznym. Fantastyczne zwieńczenie albumu.

Jak na Scenę Canterbury, debiut Caravan to album bardzo konwencjonalny, jednak niepozbawiony momentów, w których słychać, że muzycy (przynajmniej niektórzy) mieli ambicje wykraczające ponad granie prostego pop rocka. Ogólnie rzecz biorąc, jest to bardzo przyjemny longplay, z kilkoma zapadającymi w pamięć utworami.

Ocena: 8/10



Caravan - "Caravan" (1969)

1. Place of My Own; 2. Ride; 3. Policeman; 4. Love Song with Flute; 5. Cecil Runs; 6. Magic Man; 7. Grandma's Lawn; 8. Where but for Caravan Would I?

Skład: Pye Hastings - wokal (1,2,4-6,8), gitara, bass; Richard Sinclair - wokal (3,5-8), bass, gitara; Dave Sinclair - instr. klawiszowe; Richard Coughlan - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jimmy Hastings - flet (4)
Producent: Tony Cox