24 kwietnia 2018

[Recenzja] Radiohead - "The Bends" (1995)



W trakcie dwóch lat, jakie dzieli wydanie "The Bends" od premiery debiutanckiego "Pablo Honey", muzycy Radiohead poczynili spore postępy jako kompozytorzy. To znów bardzo piosenkowy materiał, jednak tym razem zawierający więcej naprawdę dobrych i zgrabnych melodii. Chociażby w utworze tytułowym, wzorowym przykładzie pop rocka - jest przebojowo, ale bez popadania w sztampę. Zapamiętywanych melodii nie brakuje ani w tych łagodniejszych, częściowo akustycznych momentach albumu ("High and Dry", "Fake Plastic Trees"), ani tych bardziej hałaśliwych ("Planet Telex"), ani w łączących oba te podejścia ("My Iron Lung").

Niestety, im dalej, tym album staje się coraz bardziej przewidywalny, powtarzalny i nużący. Poszczególne utwory bronią się słuchane oddzielnie (choć te niewymienione z tytułów pozostają w cieniu tych, które tu wspominam), ale razem tworzą zbyt monotonny zbiór, w którym jedynym urozmaiceniem jest zmiana natężenia brzmienia gitar. Dopiero na sam finał pojawia się utwór o nieco innym charakterze. "Street Spirit (Fade Out)" to już nie zwyczajna, melodyjna piosenka, a przepiękna kompozycja, która mimo swojej prostoty intryguje i zachwyca klimatem. W tym jednym utworze słychać prawdziwą dojrzałość muzyków. I nawet androgeniczny wokal Thoma Yorke'a nie odbiera przyjemności z jego słuchania. A właśnie - wokalista śpiewa tutaj dużo wyższym głosem, niż na debiucie, co na pewno nie poprawia odbioru tego albumu.

Lepsze kompozycje nie pomogły nagrać dużo lepszego dzieła. Jako całość, "The Bends" jest tylko nieznacznie lepszy od "Pablo Honey". Na tym etapie kariery Radiohead nie był wcale lepszy od innych odnoszących w tamtym czasie sukcesy grup, w rodzaju Oasis czy Blur. Jednak już wkrótce miał nastąpić prawdziwy przełom...

Ocena: 6/10



Radiohead - "The Bends" (1995)

1. Planet Telex; 2. The Bends; 3. High and Dry; 4. Fake Plastic Trees; 5. Bones; 6. (Nice Dream); 7. Just; 8. My Iron Lung; 9. Bullet Proof..I Wish I Was; 10. Black Star; 11. Sulk; 12. Street Spirit (Fade Out)

Skład: Thom Yorke - wokal, gitara, pianino; Jonny Greenwood - gitara, instr. klawiszowe, flet; Ed O'Brien - gitara, dodatkowy wokal; Colin Greenwood - bass; Phil Selway - perkusja
Gościnnie: Caroline Lavelle - wiolonczela; John Matthias - skrzypce, altówka
Producent: John Leckie, Radiohead (3,10), Jim Warren (3), Nigel Godrich (10)


22 kwietnia 2018

[Recenzja] Blue Effect & Jazz Q Praha ‎- "Coniunctio" (1970)



Album "Coniunctio" jest wynikiem współpracy dwóch czechosłowackich, a ściślej mówiąc praskich zespołów: bluesrockowo-psychodelicznego Blue Effect (później używającego nazwy Modrý Efekt i grającego w bardziej jazzowo-progrockowym stylu), oraz freejazzowego (później jazzrockowego) Jazz Q Praha. Z pierwszej z tych grup wywodzą się gitarzysta Radim Hladík, basista Jiří Kozel, oraz perkusista Vlado Čech, natomiast z drugiej - klawiszowiec i trębacz Martin Kratochvíl, saksofonista i flecista Jiří Stivín, kontrabasista Jiří Pellant, oraz perkusista Milan Vitoch. Dla obu zespołów "Coniunctio" był fonograficznym debiutem, chociaż Blue Effect zarejestrował wcześniej (jeszcze z wokalistą Vladimírem Mišíkem) materiał na wydany nieco później w 1970 roku album "Meditace". Jazz Q swój pierwszy samodzielny album, "Pozorovatelna / The Watch-Tower", wydał dopiero w 1973 roku, gdy w składzie z wyżej wymienionych muzyków pozostał tylko Kratochvíl.

Główną atrakcję albumu stanowią dwie odsłony utworu tytułowego - wypełniający całą pierwszą stronę wydania winylowego "Coniunctio I (In Memoriam Lubomíra Pristofa)", oraz zamykający drugą stronę "Coniunctio II". To rewelacyjne improwizacje, z doskonałą współpracą i interakcją muzyków obu zespołów, którzy w niezwykle twórczy i oryginalny sposób połączyli elementy free jazzu, fusion, bluesa, a momentami nawet hard rocka (gitarowe riffy i solówki Hladika nierzadko kojarzą się z Hendrixem), tworząc intensywne, wielobarwne, bogate brzmieniowo i porywające dzieła, łączące rockową dynamikę z jazzowym wyrafinowaniem i skomplikowaniem. O ile pierwsza część może wydawać się rockowym słuchaczom zbyt radykalna i całkowicie odchodząca od schematów, tak w druga, mimo braku standardowej struktury, jest już bardziej przystępna, dzięki wyrazistej linii melodycznej, dominującej roli gitary i ograniczeniu freejazzowych odlotów.

Odmienny charakter mają dwa środkowe utwory. "Návštěva U Tety Markéty, Vypití Šálku Čaje", zarejestrowany wyłącznie przez muzyków Blue Effect (z małą pomocą Jiříego Stivína, grającego na flecie w łagodniejszych momentach), jest już zdecydowanie bliższy rockowych korzeni tej grupy - to całkiem melodyjny utwór, znów zdominowany przez gitarę, wspartą energetyczną grą sekcji rytmicznej. "Asi Půjdem Se Psem Ven" to z kolei samodzielne dzieło muzyków Jazz Q Praha, a zatem, jak można się spodziewać - najbardziej jazzowy fragment albumu, abstrakcyjna improwizacja ukierunkowana na freejazzowy radykalizm, jednak bez popadania w kompletny chaos.

"Coniunctio" to prawdziwie światowy poziom. Muzyka zaproponowana przez Czechów w niczym nie ustępuje najlepszym dokonaniom jazzrockowych grup z zachodniej Europy czy Stanów. Zarówno w kwestii wykonania, jak i brzmienia (a z tym za żelazną kurtyną zwykle było kiepsko), nie ma do czego się tutaj przyczepić. Nie jest to album, który każdemu się spodoba, ale zdecydowanie warto się z nim zapoznać, żeby wiedzieć, że również za naszą południową granicą powstawała wybitna muzyka.

Ocena: 9/10



Blue Effect & Jazz Q Praha ‎- "Coniunctio" (1970)

1. Coniunctio I (In Memoriam Lubomíra Pristofa); 2. Návštěva U Tety Markéty, Vypití Šálku Čaje; 3. Asi Půjdem Se Psem Ven; 4. Coniunctio II

Skład: Radim Hladík - gitara (1,2,4); Jiří Stivín - saksofon i flet; Martin Kratochvíl - instr. klawiszowe i trąbka (1,3,4); Jiří Kozel - bass (1,2,4); Jiří Pellant - kontrabas (1,3,4); Vlado Čech - perkusja (1,2,4); Milan Vitoch - perkusja i instr. perkusyjne (1,3,4)
Producent: Antonín Matzner


20 kwietnia 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Live at the Fillmore East (March 7, 1970): It's About that Time" (2001)



Album zwiera zapis dwóch występów, jakie Miles Davis dał 7 marca 1970 roku w nowojorskim Fillmore East. Były to prawdopodobnie jego ostatnie występy z udziałem Wayne'a Shortera, który odszedł do założonego wspólnie z Joe Zawinulem zespołu Weather Report. W ówczesnym koncertowym sekstecie Davisa występowali także Chick Corea, Dave Holland, Jack DeJohnette, oraz perkusjonalista Airto Moreira. Zespół skupił się na swoim najnowszym, elektrycznym repertuarze, przede wszystkim z nagranego już pół roku wcześniej, ale wydanego dopiero pod koniec marca "Bitches Brew". Muzycy wykonali również zupełnie świeżą kompozycję "Willie Nelson", która dopiero w następnym roku została wydana na albumie "Jack Johnson".

Podczas pierwszego występu sekstet zaprezentował niesamowicie intensywny i żywiołowy set. Nawet na tle innych koncertówek Davisa z elektrycznego okresu, wypada on niezwykle agresywnie, momentami wręcz freejazzowo. Tutejsze wykonanie "Directions" jest najbardziej ekstremalnym, jakie słyszałem, w czym zasługa przede wszystkim grającego w zupełnie dla siebie nietypowy, brutalny sposób Shortera. Freejazzowy fragment z jego solówką, a następnie duetem Hollanda i Corei w "It's About That Time" również zaskakuje. Takiej muzyki w wykonaniu zespołu Milesa wcześniej nie można było usłyszeć - zapewne on sam za życia blokował jej publikację. W trakcie drugiego występu zespół grał już nieco wolniej i nie tak intensywnie, za to bardziej melodyjnie. Wciąż jednak z ogromną dawką energii i porywającymi popisami instrumentalistów (czasem znów podążającymi w stronę free jazzu, jak solówka Shortera w, mimo wszystko, łagodniejszym wykonaniu "Directions").

"Live at the Fillmore East (March 7, 1970): It's About that Time" znacznie ubogaca wiedzę na temat koncertowych poczynań Milesa Davisa w elektrycznym okresie. Przede wszystkim jest to jednak porywający materiał, który można postawić obok innych koncertówek z tego etapu kariery trębacza.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "Live at the Fillmore East (March 7, 1970): It's About that Time" (2001)

CD1: 1. Directions; 2. Spanish Key; 3. Masqualero; 4. It's About That Time / The Theme
CD2: 1. Directions; 2. Miles Runs the Voodoo Down; 3. Bitches Brew; 4. Spanish Key; 5. It's About That Time / Willie Nelson / The Theme

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Chick Corea - elektryczne pianino; Dave Holland - bass i kontrabas; Jack DeJohnette - perkusja; Airto Moreira - instr. perkusyjne
Producent: Teo Macero, Bob Belden


18 kwietnia 2018

[Recenzja] Radiohead - "Pablo Honey" (1993)



Radiohead to jeden z najbardziej przecenionych wykonawców w ogóle. A zarazem jedna z ostatnich rockowych grup, która coś do tej muzyki wniosła. Zachwyty nad jakością i innowacyjnością muzyki tego zespołu są grubo przesadzone, lecz trudno wskazać innego rockowego wykonawcę, który w ciągu ostatniego ćwierćwiecza autentycznie poszukiwałby swojego własnego brzmienia, podążając w coraz bardziej eksperymentalne rejony, a mimo tego okazji cieszył się powszechnym uznaniem. To ostatnie w dużej mierze wynika oczywiście z obrazu współczesnego mainstreamu - na tle tej całej tandety i epigoństwa, jakie promują media, Radiohead jawi się nie tylko jako zespół ambitny i oryginalny, ale też po prostu potrafiący pisać dobre, niebanalne utwory. Choć początek jego kariery tego wszystkiego nie zapowiadał.

Grupa zwróciła na siebie uwagę już debiutanckim singlem "Creep", za sprawą którego została okrzyknięta "brytyjską Nirvaną". Czas pokazał, że zarówno ten utwór, jak i cały album "Pablo Honey", były tylko młodzieńczym wybrykiem, mającym się nijak do późniejszej twórczości. Etapem dość wstydliwym dla samych muzyków, którzy od dawna unikają grania tego materiału na koncertach. Zespół w tamtym czasie był zupełnie typowym przedstawicielem tak zwanej "alternatywy", przy czym jednak bliżej było mu do jej brytyjskich przedstawicieli, niż do Nirvany i reszty amerykańskiej sceny. Album "Pablo Honey" wypełniają proste, melodyjne i energiczne piosenki o zwykle dość ostrym, przybrudzonym brzmieniu (choć zdarzają się też łagodniejsze kawałki, jak np. "Lurgee" lub akustyczny "Thinking About You"). Partie gitarowe czasem ocierają się o atonalizm, lecz nie wpływa to szczególnie na piosenkowy charakter utworów, z których właściwie każdy spokojnie mógłby być zagrany w radiu. Inna sprawa, że niewiele z nich naprawdę zapada w pamieć, a przez niewielką różnorodność zlewają się ze sobą. Oprócz wspomnianego "Creep" (na ile jednak jest to zasługa samego utworu, a nie kultu jakim obrósł?), uwagę przyciąga tylko finałowy "Blow Out", wyróżniający się ciekawym klimatem, mniej oczywistą strukturą, a nawet zdradzający lekki wpływ jazzu... W tym jednym jedynym utworze otrzymujemy zapowiedź późniejszego, eksperymentującego Radiohead.

Gdyby zespół zakończył działalność po wydaniu "Pablo Honey", lub - chcąc utrzymać zdobytą nim popularność - przez resztę kariery nagrywał kolejne wersje tego albumu, raczej niewiele osób pamiętałoby dziś o istnieniu Radiohead. Na szczęście, zespół postanowił się rozwijać, nie zważając na oczekiwania swoich fanów, a jego debiut pozostaje jedynie ciekawostką. Całkiem przyjemną, ale niezapamiętywalną i kompletnie nic nie wnoszącą do muzyki. Choć muszę dodać, że pod jednym względem longplay przebija kolejne - śpiew Thoma Yorke'a jest tutaj nieco niższy i mniej egzaltowany, a tym samym bardziej znośny.

Ocena: 6/10



Radiohead - "Pablo Honey" (1993)

1. You; 2. Creep; 3. How Do You?; 4. Stop Whispering; 5. Thinking About You; 6. Anyone Can Play Guitar; 7. Ripcord; 8. Vegetable; 9. Prove Yourself; 10. I Can't; 11. Lurgee; 12. Blow Out

Skład: Thom Yorke - wokal i gitara; Jonny Greenwood - gitara i instr. klawiszowe; Ed O'Brien - gitara, dodatkowy wokal; Colin Greenwood  - bass; Phil Selway - perkusja
Producent: Sean Slade, Paul Q. Kolderie i Chris Hufford


16 kwietnia 2018

[Recenzja] Dire Straits - "Dire Straits" (1978)



Dire Straits to jeden z dosłownie kilku klasyków rocka, których twórczości nigdy nie potrafiłem polubić. Nie żebym jakoś szczególnie próbował. Zawsze uważałem, że to zespół w sam raz dla ludzi po czterdziestce, w sumie za bardzo muzyką się nie interesujących, dlatego wybierających takie melodyjne, spokojne i niezbyt absorbujące granie. Zapoznałem się jednak z całą studyjną dyskografią, oraz koncertowym "Alchemy" (z większością tych albumów w ciągu kilku ostatnich miesięcy), ale tylko utwierdziło mnie to w moim przekonaniu. Choć muszę przyznać, że jedno wydawnictwo wyróżnia się in plus na tle pozostałych, a jest nim album debiutancki.

W 1978 roku muzyczny mainstream zdominowany był przez punk rock. Debiut Dire Straits w takim otoczeniu wydawał się czymś z zupełnie innej epoki: bardzo melodyjne, raczej stonowane granie, czerpiące z takich gatunków jak blues, country (np. "Water of Love"), folk ("Wild West End"), czy nawet reggae ("In the Gallery"). To prosta muzyka, choć na tle punku może się wydawać bardzo wyrafinowana. Już tutaj Mark Knopfler prezentuje się jako natychmiast rozpoznawalny wokalista i gitarzysta, a jego solówki nie pozostawiają obojętnym nikogo, kto bardziej ceni wyczucie, niż techniczne sztuczki i szybkość. Muzyka zespołu brzmi tu jeszcze wyjątkowo świeżo i energicznie - vide "Setting Me Up", "Southbound Again", czy przede wszystkim porywające "Down to the Waterline" i "Sultans of Swing". Ten ostatni był zresztą pierwszym wielkim przebojem zespołu. Na kolejnych albumach tego typu granie jest niestety rzadkością, co dodatkowo zwiększa atrakcyjność debiutu.

Choć debiutancki album Dire Straits robi na mnie najlepsze wrażenie z dyskografii zespołu, wciąż nie jest to muzyka budząca we mnie zachwyt, do której chciałbym wracać. Longplay nie mieści się nawet w pierwszej trzydziestce moich ulubionych płyt z 1978 roku.

Ocena: 7/10



Dire Straits - "Dire Straits" (1978)

1. Down to the Waterline; 2. Water of Love; 3. Setting Me Up; 4. Six Blade Knife; 5. Southbound Again; 6. Sultans of Swing; 7. In the Gallery; 8. Wild West End; 9. Lions

Skład: Mark Knopfler - wokal i gitara; David Knopfler - gitara, dodatkowy wokal; John Illsley - bass, dodatkowy wokal; Pick Withers - perkusja
Producent: Muff Winwood


13 kwietnia 2018

[Recenzja] East of Eden - "East of Eden" (1971)



Przed nagraniem tego albumu, ze składu East of Eden odeszli wszyscy muzycy, z wyjątkiem Dave'a Arbusa. Na ich miejsce lider zatrudnił gitarzystę Jima Roche'a (znanego z oryginalnego wcielenia Colosseum), śpiewającego basistę i okazjonalnie drugiego gitarzystę Davida Jacka, oraz perkusistę Jeffa Allena. Powstał zupełnie nowy zespół, który powinien przyjąć nową nazwę. Oczywiście, ze względów merkantylnych nie wchodziło to w rachubę. Jednak na debiutanckim albumie nowego składu (zuchwale zatytułowanym nazwą zespołu), nie zostało nic z tej charakterystycznej dla poprzednich albumów mieszanki psychodelii, folku, jazzu i muzyki wschodniej. "East of Eden" to zwrot w stronę zwyczajnego rocka. Jedynie partie Arbusa na skrzypcach, saksofonie i flecie przywołują odrobinę klimatu wcześniejszych dokonań.

Początek nie zachwyca. "Wonderful Feeling" to banalny kawałek, kojarzący się z solową twórczością Erica Claptona. Nie ratuje go nawet udana środkowa część instrumentalna - pozostaje jedynie żal, że zmarnowano ją w tak kiepskim nagraniu. Później jest już lepiej, choć bez rewelacji. Dość zgrabny, wzbogacony partiami gitary akustycznej i fletu "Goodbye" przypomina trochę ówczesną twórczość Traffic. W hardrockowych "Crazy Daisy" i "Here Comes the Day" jest sporo fajnej gitary i ciekawie urozmaicającego brzmienie saksofonu. Niestety, w takich dynamiczniejszych utworach zupełnie nie sprawdza się wokal Davida Jacka (zresztą w pozostałych tych wypada bardzo przeciętnie). W "Take What You Need" i "No Time" zespół stara się grać bardziej progresywnie, stawiając na bogatą aranżację i dynamiczne zróżnicowanie, jednak efekt nie porywa, oba utwory wydają się nieco przekombinowane i niespójne. Dobrze na zakończenie sprawdza się natomiast energetyczny "To Mrs. V", ze świetnym basem, oraz niezłymi partiami saksofonu i gitary.

"East of Eden" mimo wszystkich swoich wad jest całkiem solidnym rockowym albumem. Gdy słuchałem go kilka lat temu po raz pierwszy, zrobił na mnie dużo lepsze wrażenie. Dziś mam jednak znacznie większe wymagania.

Ocena: 7/10



East of Eden - "East of Eden" (1971)

1. Wonderful Feeling; 2. Goodbye; 3. Crazy Daisy; 4. Here Comes the Day; 5. Take What You Need; 6. No Time; 7. To Mrs. V

Skład: David Jack - wokal, bass, gitara; Dave Arbus - skrzypce, flet, saksofon; Jim Roche - gitara; Jeff Allen - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: East of Eden


12 kwietnia 2018

[Recenzja] Miles Davis - "The Complete Bitches Brew Sessions" (1998)



"The Complete Bitches Brew Sessions" to drugi z serii boksów, których celem jest skompilowanie jak największej ilości materiału pochodzącego z danego etapu kariery Milesa Davisa. W przypadku tego boksu mamy do czynienia z nagraniami dokonanymi od połowy sierpnia 1969 do połowy lutego 1970 roku. Jest to znacznie dłuższy okres, niż rzeczywista sesja nagraniowa "Bitches Brew" - cały album został zarejestrowany w ciągu trzech dni (19-21 sierpnia). Tytuł "The Complete Bitches Brew Sessions" jest tym bardziej mylący, że nie znalazły się tu żadne inne nagrania z tej właśnie sesji (jak np. dodawane do późniejszych reedycji "Bitches Brew" alternatywne wersje "Spanish Key" i "John McLaughlin").

Trafiły tutaj natomiast utwory z kilku późniejszych sesji, podczas których Davisowi za każdym razem towarzyszył nieco inny skład. Odbyły się one w następujących dniach: 19 listopada (utwory "Great Expectations", "Orange Lady", "Yaphet" i "Corrado"), 28 listopada ("Trevere", "The Big Green Serpent" i dwie wersje "The Little Blue Frog"), 27-28 stycznia ("Lonely Fire", "Guinnevere", "Feio" i "Double Image"), oraz 6 lutego ("Recollections", "Take It or Leave It" i "Medley: Gemini/Double Image"). Część z tych nagrań została już wcześniej opublikowana na albumach "Big Fun" ("Great Expectations", "Orange Lady", "Lonely Fire"), "Live-Evil" ("Medley: Gemini/Double Image"), oraz "Circle in the Round" ("Guinnevere"). Pozostałe są zupełnie premierowe (kilka z nich można znaleźć na późniejszych reedycjach albumów "Bitches Brew" i "Big Fun", inne wciąż pozostają unikalne dla tego boksu).

Podczas tych późniejszych sesji, Davis i towarzyszący mu muzycy próbowali nieco innych rzeczy, niż w trakcie sierpniowej sesji. Odeszli od ciężkiego, awangardowego fusion (może z wyjątkiem "Double Image"), na rzecz klimatycznego jazzu elektrycznego, przywołującego skojarzenia z "In a Silent Way" (szczególnie w przepięknym "Recollections"), ale wzbogaconego o silne wpływy muzyki hindustańskiej. W większości z tych nagrań wzięli udział indyjscy muzycy Khalil Balakrishna i Bihari Sharma, grający na tradycyjnych hinduskich instrumentach, jak sitar, tambura i tabla. Fantastycznie - i bardzo psychodelicznie - wypada ich połączenie ze zwykle nastrojowymi, ale zarazem intensywnymi partiami elektrycznych klawiszy, trąbki, saksofonu, gitary i sekcji rytmicznej Świetnego klimatu dodają też partie Benniego Maupina na klarnecie basowym. Dziwne, że nie wydano tego materiału od razu - bez problemu dałoby się skompilować z niego dwupłytowy album, który poziomem nie ustępowałby innym ówczesnym wydawnictwom Milesa. Pod względem stylistycznym od reszty odstaje natomiast "Medley: Gemini/Double Image" - zdominowany przez ostrą partię Johna McLaughlina, jest już wyraźną zapowiedzią kolejnego zwrotu stylistycznego, który zaowocował jazzrockowym albumem "Jack Johnson".

"The Complete Bitches Brew Sessions" to w sumie cztery i pół godziny muzyki, z czego półtora nie było wcześniej opublikowane. Zarówno znane wcześniej, jak i premierowe nagrania, trzymają bardzo wysoki poziom, lecz samo wydawnictwo pozostawia pewien niedosyt. Nie dowiadujemy się z niego niczego o powstawaniu albumu "Bitches Brew" - a tego właśnie bym oczekiwał po tak zatytułowanym boksie. W późniejszych boksach z kompletnymi sesjami (z okresów "In a Silent Way", "Jack Johnson" i "On the Corner") zamieszczono różne alternatywne podejścia i wersje sprzed ostatecznych miksów, co znacząco wpłynęło na ich atrakcyjność. "The Complete Bitches Brew Sessions" na tle późniejszych części sprawia wrażenie nieco nieprzemyślanego. Tak naprawdę powinien zostać rozbity na dwa wydawnictwa - pierwsze zachowałoby tytuł, ale jego tracklista pokrywałaby się z reedycją "Bitches Brew" z 2010 roku (oryginalny album + wersje alternatywne i singlowe + nagrania koncertowe), natomiast drugie zawierałoby materiał z późniejszych sesji.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "The Complete Bitches Brew Sessions" (1998)

CD1: 1. Pharaoh's Dance; 2. Bitches Brew; 3. Spanish Key; 4. John McLaughlin
CD2: 1. Miles Runs the Voodoo Down; 2. Sanctuary; 3. Great Expectations; 4. Orange Lady; 5. Yaphet; 6. Corrado
CD3: 1. Trevere; 2. The Big Green Serpent; 3. The Little Blue Frog (alternate take); 4. The Little Blue Frog; 5. Lonely Fire; 6. Guinnevere
CD4: 1. Feio; 2. Double Image; 3. Recollections; 4. Take It or Leave It; 5. Medley: Gemini/Double Image

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon (oprócz CD2:3-6, CD3:1-4); Steve Grossman - saksofon (CD2:3-6, CD3:1-4); Bennie Maupin - klarnet basowy (oprócz CD4:3-5); Chick Corea - elektryczne pianino; Joe Zawinul - elektryczne pianino (oprócz CD2:3-6, CD3:1-4); Herbie Hancock - elektryczne pianino (CD2:3-6, CD3:1-4); Larry Young - organy i czelesta (CD1:1,3, CD3:1-4); John McLaughlin - gitara; Dave Holland - kontrabas (oprócz CD2:3-6); Ron Carter - kontrabas (CD2:3-6); Harvey Brooks - bass (oprócz CD2:2, CD3:1-4); Jack DeJohnette - perkusja (oprócz CD2:3-6); Don Alias - perkusja i instr. perkusyjne  (CD1, CD2:2); Lenny White - perkusja (CD1); Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne (CD2:3-6, CD3, CD4); Juma Santos - instr. perkusyjne (CD1, CD2:1-2); Airto Moreira - instr. perkusyjne (CD2:3-6, CD3, CD4); Khalil Balakrishna - sitar (CD2:3-6, CD3); Bihari Sharma - tabla i tambura (CD2:3-6, CD3:1-4); 
Producent: Teo Macero, Bob Belden, Michael Cuscuna