16 stycznia 2017

[Recenzja] Ramones - "Ramones" (1976)



Szczerze mówiąc, nie lubię spełniać próśb o zrecenzowanie albumów zespołów, które są mi obojętne lub wręcz mam do nich negatywny stosunek. Pisanie takich tekstów nie sprawia mi przyjemności, a Czytelników, którzy wyczekują tych recenzji, po opublikowaniu czeka wyłącznie rozczarowanie. Po raz kolejny jednak uległem i pod naporem licznych próśb o recenzje Ramones, zmusiłem się do przesłuchania w całości któregoś z ich albumów (wybór padł na debiut). Te pół godziny umocniło moją niechęć do tego zespołu i najchętniej wyrzuciłbym ten czas z pamięci. Niestety, myśli kłębiące się w mojej głowie, układające się w zarzuty wobec tego wydawnictwa, nie dały się zatrzymać. Mogę się ich pozbyć jedynie przelewając je na klawiaturę.

Debiutancki longplay "Ramones" powszechnie uznawany jest za pierwszy album punkrockowy. Wielokrotnie wspominałem już o swojej niechęci do tego stylu, spowodowanej tym, że odrzuca on i buntuje się przeciwko wszystkiemu temu, co cenię w muzyce. Jego charakterystyczne cechy to proste, schematyczne kompozycje, amatorskie, niechlujne wykonanie i prymitywne, nierzadko prostackie teksty. Nie daje to jego przedstawicielom wielkiego pola do popisu i de facto cały potencjał takiej stylistyki został wyeksploatowany już przez tzw. wykonawców proto-punkowych, w rodzaju The Stooges, MC5, Monks, czy New York Dolls. Ich naśladowcy, czyli zespoły punkrockowe, nie wniosły już nic nowego. Jedynie jeszcze bardziej zradykalizowały swój styl, odrzucając eksperymentalne podejście proto-punkowców i ich otwartość (ograniczoną, ale jednak słyszalną) na czerpanie z innych rodzajów muzyki.

Ramones wzorowali się nie tylko na proto-punku, ale także na klasycznym rock and rollu z lat 50. Za taką muzyką również niespecjalnie przepadam, ze względu na prostotę, szablonowość, powtarzalność i czysto rozrywkowy charakter. Ale z drugiej strony, to właśnie rock and roll był pierwszym stylem wywodzącym się z muzyki afroamerykańskiej, który grany był także przez białych muzyków, dzięki którym wyewoluował później w bardzo ciekawym kierunku - muzyki rockowej z jej wszystkimi, różnorodnymi odmianami. Za to należy mu się szacunek. Ale inspirowanie się nim 20 lat później, cofanie się do tych dalekich od doskonałości początków rocka, nie wnosząc żadnej nowej jakości, uważam za całkowicie bezcelowe i bezsensowne (zupełnie inaczej niż w przypadku wykonawców bluesrockowych, którzy czerpiąc z tradycyjnego bluesa, wnieśli go na zupełnie nowy, wyższy poziom - zresztą już sam blues jest dużo bardziej wartościowy od rock and rolla).

Inna sprawa, że w przypadku Ramones takie inspiracje wynikały nie tyle z sentymentu, co z faktu, że członkowie grupy byli po prostu fatalnymi muzykami. Całkowicie pozbawionymi wiedzy o komponowaniu, umiejętności grania, czy mówiąc ogólniej, po prostu nie posiadającymi żadnego muzycznego talentu. Johnny Ramone (właść. John Cummings), który swoją pierwszą gitarę kupił tuż przed powstaniem zespołu, na początku 1974 roku, zdołał nauczyć się tylko grania barowych akordów i do końca kariery ani trochę nie rozwinął swoich "umiejętności", nigdy nie zagrał żadnych ozdobników czy solówki. Rolę wokalisty oryginalnie pełnił Dee Dee Ramone (właść. Douglas Colvin), jednak nie potrafił jednocześnie śpiewać i grać na basie - choć do tego ostatniego używał tylko jednej struny - więc przekazał mikrofon perkusiście Joey'owi Ramone (właść. Jeffreyowi Hymanowi), który również nie miał żadnych predyspozycji do śpiewania. Nowy perkusista miał zostać wybrany w drodze kastingu, ale żaden z przesłuchiwanych kandydatów nie grał wystarczająco prosto. W rezultacie za bębnami zasiadł menadżer grupy, Tommy Ramone (właść. Thomas Erdelyi), który nigdy wcześniej nie grał na perkusji, dzięki czemu prezentował równie żenujący poziom, co pozostali członkowie.

Komponowane przez nich kawałki to przykład skrajnej prostoty - żaden z nich nie przekracza trzech minut, wszystkie zbudowane są na zwrotkowo-refrenowym schemacie (w którym nie ma nawet miejsca na żadne przejścia), a składają się z dwóch, trzech akordów przesterowanej gitary, układających się w prostackie melodie, maksymalnie uproszczonej gry sekcji rytmicznej i bełkotliwych, fałszujących partii wokalnych. Wszystkie kawałki brzmią identycznie, jedynie "I Wanna Be Your Boyfriend" wyróżnia się bardziej melodyjną, niemal beatlesowską linią wokalną. Pozostałych nie sposób od siebie odróżnić. To bardzo typowe dla punk rocka. Obrońcy stylu twierdzą, że nie ma to znaczenia, bo najważniejsze są przecież zaangażowane teksty. Kiepski to argument, zresztą w przypadku Ramones nie ma on żadnego zastosowania. Bo teksty są tu na poziomie podstawówki, jeśli nie przedszkola. Nawet jeśli jest w nich jakieś przesłanie, to napisane są bardzo nieporadnie, w infantylny sposób (vide "Blitzkrieg Bop", "53rd & 3rd"). A już najbardziej żałosny jest tekst "Now I Wanna Sniff Some Glue", w którym narrator przyznaje, że chciałby wąchać klej, bo musi mieć coś do roboty, następnie twierdzi, że wszystkie dzieciaki też chcą to wąchać klej, bo muszą mieć coś do roboty, a potem jeszcze kilkakrotnie powtarza te cztery wersy. Tekst głęboki, jak rowki płyty kompaktowej.

Debiut Ramones stał się, niestety, jednym z najbardziej wpływowych albumów w historii muzyki rockowej. Pokazał on ludziom, że wcale nie muszą mieć żadnego talentu ani umiejętności, żeby nagrywać i wydawać płyty. Bardzo szybko znaleźli się naśladowcy, którzy pozakładali własne zespoły i zaczęli tworzyć równie bezwartościowe rzeczy. Taka prymitywna muzyka idealnie trafiła do prostych ludzi, którzy do tamtej pory za bardzo nie mieli czego słuchać. Szybko wykorzystały to media, które nakręciły popularność punk rocka, kosztem bardziej wartościowej muzyki. Zniszczono tym gust niezliczonej liczby osób. Ale i samą muzykę rockową tym zniszczono - większość zespołów, które do tamtej pory grało mniej lub bardziej ambitnie, drastycznie uprościło swoją twórczość, aby wciąż odtwarzano ich w stacjach radiowych, które zaczęły kreować prymitywnych słuchaczy. To był początek końca. A wszystko przez czterech gówniarzy, którzy nigdy nie powinni dotknąć instrumentów.

Ocena: 1/10



Ramones - "Ramones" (1976)

1. Blitzkrieg Bop; 2. Beat on the Brat; 3. Judy Is a Punk; 4. I Wanna Be Your Boyfriend; 5. Chain Saw; 6. Now I Wanna Sniff Some Glue; 7. I Don't Wanna Go Down to the Basement; 8. Loudmouth; 9. Havana Affair; 10. Listen to My Heart; 11. 53rd & 3rd; 12. Let's Dance; 13. I Don't Wanna Walk Around with You; 14. Today Your Love, Tomorrow the World

Skład: Joey Ramone - wokal; Johnny Ramone - gitara; Dee Dee Ramone - bass, dodatkowy wokal; Tommy Ramone - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Craig Leon i Tommy Ramone


15 stycznia 2017

[Recenzja] Roy Harper - "Stormcock" (1971)



"Stormcock" to artystyczny szczyt twórczości Roya Harpera. I być może najwspanialszy folkowy album, jaki kiedykolwiek nagrano i wydano. Interesujące, dotykające ważnych spraw teksty nie przyćmiewają warstwy muzycznej, która broni się sama. Na album złożyły się tylko cztery, za to dość długie utwory (trwające od siedmiu i pół do trzynastu minut), daleko odbiegające od "piosenkowego" charakteru poprzednich albumów Harpera - co bynajmniej nie znaczy, że brakuje im dobrych melodii. To także bardzo progresywna muzyka, mimo występującej tu czasem pozornej monotonii, która jest zamierzona i służy budowaniu odpowiedniego klimatu, powoli, lecz skutecznie wciągającego słuchacza - jak w dwóch krótszych utworach, "Hors d'œuvres" i "One Man Rock and Roll Band". W pierwszym z nich partii wokalnej i prostemu akompaniamentowi gitary akustycznej towarzyszy wyłącznie lekkie organowe tło - niby sztampowy zabieg, lecz doskonale tutaj pasuje, pomagając w tworzeniu nastroju. Drugi z nich opiera się natomiast na bardzo ciekawych gitarowych zagrywkach.

Najwspanialszym popisem gry na akustycznej gitarze jest jednak "The Same Old Rock", z niesamowitymi, misternie skonstruowanymi partiami Harpera i Jimmy'ego Page'a (który z przyczyn kontraktowych wystąpił pod pseudonimem S. Flavius Mercurius). Utwór wyróżnia się także bardzo chwytliwą linią wokalną, jednak jego komercyjny potencjał został zaprzepaszczony - z korzyścią dla wartości artystycznej - długim czasem trwania, przekraczającym dwanaście minut. Przedstawiciele wytwórni byli wkurzeni, że nie da się wyciąć z tego longplaya żadnego singla, którym można by promować wydawnictwo w radiu. Z drugiej strony, inne albumy Roya były promowane, a też nie zaistniały w notowaniach. Niektórym artystom jest po prostu nie po drodze z mainstreamem. Jednak świat bez ich muzyki byłby znacznie uboższy. Chociażby finałowy "Me and My Woman" to piękno w najczystszej postaci. Jeżeli kogoś nie urzeknie ta wspaniała melodia, lub nie doceni kunsztu niebanalnej aranżacji z orkiestracją, to jest albo kompletnie głuchy, albo nie ma za grosz gustu.

Wspaniały, przepiękny album. Tak naprawdę jednak żadne, nawet najbardziej wyrafinowane przymiotniki nie oddadzą w pełni jego wartości. To jeden z tych albumów, które każdy powinien znać i szanować, a jeśli ich nie docenia - nie przyznawać się do tego. W pełni zasłużona "dziesiątka". 

Ocena: 10/10



Roy Harper - "Stormcock" (1971)

1. Hors d'œuvres; 2. The Same Old Rock; 3. One Man Rock and Roll Band; 4. Me and My Woman

Skład: Roy Harper - wokal, gitara i pianino
Gościnnie: David Bedford - organy (1), orkiestracja (4); Jimmy Page - gitara (2)
Producent: Peter Jenner


13 stycznia 2017

[Recenzja] Island - "Pictures" (1977)



Dawno nie pisałem o żadnych NKR-ach (czyli tzw. Nieznanym Kanonie Rocka, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało), więc najwyższa pora to nadrobić. Tym razem na warsztat wziąłem szwajcarską grupę Island, istniejącą przez krótki czas w drugiej połowie lat 70. W jej skład wchodzili wokalista Benjamin Jäger (wcześniej członek hardrockowego Toad), klawiszowiec Peter Scherer, saksofonista René Fisch, oraz perkusista Güge Jürg Meier. Jak widać, w zespole nie było ani gitarzysty, ani basisty, co nasuwa skojarzenia z grupą Van Der Graaf Generator (choć u niej czasem pojawiały się te instrumenty). Podobieństwa słychać także w samej muzyce obu zespołów, choć twórczość Island jest zdecydowanie mroczniejsza. Co zresztą świetnie oddaje okładka jedynego albumu zespołu, "Pictures", stworzona przez samego H. R. Gigera (mającego na koncie także okładki m.in. "Brain Salad Surgery" Emerson, Lake & Palmer czy "How the Gods Kill" Danzig).

Mroczna, ambientowa introdukcja ("Introduction"), przechodzi płynnie w instrumentalny "Zero", oparty na skomplikowanym, połamanym rytmie, emersonowskich partiach pianina i dodających jazzowego zabarwienia zagrywkom saksofonu. Brak gitary basowej jest właściwie nieodczuwalny - niskie brzmienia klawiszy z powodzeniem ją zastępują. "Zero", mimo swojego złożonego charakteru, jest najbardziej przystępnym fragmentem całości. Odrobinę trudniej, ze względu na brak konwencjonalnej struktury i liczne zmiany motywów, jest w tytułowym "Pictures". Ten 17-minutowy twór przyciąga jednak uwagę interesującymi liniami wokalnymi Jägera (którego barwa głosu momentami przypomina Petera Gabriela), klimatycznymi partiami organów, pięknym saksofonowym solem, a także licznymi perkusyjnymi ozdobnikami. Pozostałe dwa utwory, każdy trwający po około dwanaście minut, ocierają się o granie awangardowe (tzw. avant-prog). "Herold And King / Dloreh" rozpoczyna się ładnym, inspirowanym muzyką klasyczną fortepianowym wstępem, jednak jego rozwinięcie to już kompletny odjazd - kompletny brak struktury, połamane rytmy, skomplikowane partie instrumentalne i dziwny wokal. Równie eksperymentalny charakter ma z początku finałowy "Here and Now", choć tutaj pojawiają się też dłuższe fragmenty o bardziej stonowanym nastroju, z klimatycznym akompaniamentem organów, a pod sam koniec robi się już całkiem melodyjnie, niemalże przebojowo.

"Pictures" to bardzo interesujący album, warty polecenia, chociaż raczej dla bardziej zaawansowanych słuchaczy rocka progresywnego, dobrze znających już te trudniejsze zespoły, jak wspomniany Van Der Graaf Generator, czy (mimo zupełnie innego charakteru) Gentle Giant. To zdecydowanie jedno z najlepszych progresywnych wydawnictw z nieanglojęzycznych krajów, ale i jedno z najbardziej wymagających jakie słyszałem.

Ocena: 8/10



Island - "Pictures" (1977)

1. Introduction; 2. Zero; 3. Pictures; 4. Herold And King / Dloreh; 5. Here and Now

Skład: Benjamin Jäger - wokal i instr. perkusyjne; Peter Scherer - instr. klawiszowe; René Fisch - saksofon, flet, klarnet i instr. perkusyjne; Güge Jürg Meier - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Claudio Fabi


11 stycznia 2017

[Recenzja] The Climax Blues Band - "Plays On" (1969)



Drugi album The Climax Chicago Blues Band nagrany został w odchudzonym składzie (odszedł basista Richard Jones, a jego rolę przejął gitarzysta Derek Holt), a wydany pod skróconą nazwą The Climax Blues Band (ponoć pod naciskiem amerykańskiej grupy Chicago Transit Authority, która wkrótce potem skróciła swoją nazwę do samego Chicago). Za to muzyka zawarta na "Plays On" jest znacznie bardziej różnorodna i bogatsza aranżacyjnie niż na stricte blues(rock)owym debiucie. Utwory utrzymane stricte w tym stylu stanowią ledwie połowę albumu. Są to energetyczne "Hey Baby, Everything's Gonna Be Alright, Yeh Yeh Yeh" i "Crazy 'Bout My Baby", luzacki "City Ways", oraz balladowy "So Many Roads, So Many Trains". Bluesowo jest także w instrumentalnym "Twenty Past Two", choć wiodącą rolę odgrywa saksofonowe solo, a dodatkowo wpleciono tu długi cytat z kompozycji boogie "Temptation Rag" Henry'ego Lodge'a, graną na samym pianinie.

Jeszcze bardziej eksperymentalne są pozostałe, również instrumentalne utwory. "Flight" to porywająca improwizacja, utrzymane gdzieś na granicy rocka, bluesa i jazzu, nie tak odległe od twórczości grupy Colosseum czy tych bardziej jazzowych albumów Johna Mayalla. Nie brakuje w nich świetnych popisów solowych - Colina Coopera na saksofonie i gitarowych Petera Haycocka - opartych na solidnym, gęstym podkładzie sekcji rytmicznej, oraz dopełniającym brzmienie partiom elektrycznych organów. Pożyczony z repertuaru Grahama Bonda "Little Girl" ma podobny charakter, choć zagrany jest bardziej zachowawczo, trochę mniej porywająco. Bardzo nietypowym i wyjątkowym utworem jest z kolei "Cubano Chant", oparty na egzotycznym (kubańskim?) rytmie, gitarze akustycznej i solowym partiom fletu. Brzmi to bardzo intrygująco, niemalże jak podkład jakiegoś rytuału. Równie interesującym i niekonwencjonalnym - przynajmniej jak na zespół bluesowy - utworem jest także "Mum's the Word", zdominowany przez brzmienia organów i melotronu, tworzących niesamowity, "kosmiczny" nastrój, wcale nie odległy od ówczesnych eksperymentów Pink Floyd.

"Plays On" to bardzo ciekawy album, wykraczający poza sztywne i ciasne ramy blues rocka. Zespół dokonał naprawdę zaskakującego progresu od czasu wydanego zaledwie kilka miesięcy wcześniej, bardzo konwencjonalnego debiutu. Niewielu bluesrockowych wykonawców - poza oczywiście The Butterfield Blues Band - zdecydowało się na taki krok i to na tak wczesnym etapie kariery. Świadczy to o dużej odwadze muzyków, jak również ich szerokich horyzontach.

Ocena: 8/10



The Climax Blues Band - "Plays On" (1969)

1. Flight; 2. Hey Baby, Everything's Gonna Be Alright, Yeh Yeh Yeh; 3. Cubano Chant; 4. Little Girl; 5. Mum's the Word; 6. Twenty Past Two / Temptation Rag; 7. So Many Roads, So Many Trains; 8. City Ways; 9. Crazy 'Bout My Baby

Skład: Colin Cooper - wokal, harmonijka, saksofon, flet; Peter Haycock - wokal i gitara; Derek Holt - bass i melotron; George Newsome - perkusja i instr. perkusyjne; Arthur Wood - instr. klawiszowe
Producent: Chris Thomas


10 stycznia 2017

[Recenzja] Colosseum - "Live" (1971)



Pod koniec 1971 roku grupa Colosseum zakończyła swoją błyskotliwą, lecz zdecydowanie zbyt krótką działalność*. Na pocieszenie muzycy postanowili zostawić po sobie jeszcze jedno wydawnictwo - album zarejestrowany na żywo. "Live" to zapis fragmentów dwóch występów z marca 1971 roku, w Manczesterze i Brighton. Chociaż zespół promował wówczas swój najsłabszy album (sprzed reaktywacji), "Daughter of Time", to podczas koncertów prezentował się naprawdę wyśmienicie. "Live" to typowa koncertówka z tamtej epoki - pełna energii, oraz ekscytujących, rozbudowanych improwizacji, wydłużających utwory nawet do kilkunastu minut.

Już sam repertuar zaciekawia, jest bardzo nieoczywisty. Nie ma tu żadnego utworu z "Valentyne Suite" ani z "Daughter of Time", zaś debiutancki "Those Who Are About to Die Salute You" reprezentowany jest tylko jednym utworem, "Walking in the Park". Są natomiast dwa utwory z wydanego wyłącznie w Stanach "The Grass Is Greener" - oryginalnie wykonywany przez Jacka Bruce'a "Rope Ladder to the Moon", oraz autorski "Lost Angeles" (tylko pierwszy z nich był dostępny także dla europejskich fanów, dzięki składance "The Collectors Colosseum"). Poza tym znalazła się tutaj premierowa kompozycja "Skelington", oraz przeróbki jazzowego "Tanglewood '63" Mike'a Gibbsa i bluesowego "Stormy Monday Blues" T-Bone'a Walkera.

O świetnym wykonaniu byłem przekonany jeszcze przed odtworzeniem pierwszego utworu. W końcu już na studyjnych albumach instrumentaliści Colosseum pokazali swój niemały talent. A skoro w tamtych czasach na koncertach wszyscy grali lepiej niż w studiu... "Rope Ladder to the Moon", w porównaniu z niemrawą wersją z "The Grass Is Greener", znacznie zyskał na dynamice - Jon Hiseman przechodzi tu samego siebie, grając z niesamowitą pasją - oraz na ciężarze, dzięki gitarowym partiom Clema Clempsona; wiele wnoszą także rozbudowane solówki - saksofonowa Dicka Heckstall-Smitha i przede wszystkim organowa Dave'a Greenslade'a. W "Walking in the Park" muzycy grają wręcz z hardrockową mocą, przy okazji świetnie mieszając patenty bluesowe, jazzowe i rockowe, jakby chcieli zatrzeć granice między tymi gatunkami. Znacznie zyskał także "Lost Angeles", trzykrotnie dłuższy od studyjnego pierwowzoru, bardziej ekspresyjny, pełen solowych popisów i wspólnych improwizacji. Największe wrażenie robi stopniowo narastająca solówka Clempsona (trwająca ponad sześć minut), stawiająca go na pozycji jednego z najbardziej niedocenianych gitarzystów w historii muzyki rockowej.

Nie mniejsze wrażenie robi większość utworów premierowych. "Skelington" to niemal kwadrans głównie instrumentalnego, improwizowanego grania, przypominającego o szerokich inspiracjach muzyków. Poza jazzem, rockiem i bluesem, słychać tu również wpływy psychodelii. Tutejsza wersja "Stormy Monday Blues" jest wierna bluesowemu oryginałowi, lecz została znacznie rozbudowana organowo-saksofonowo-gitarowymi popisami. Kiepsko wypadł natomiast "Tanglewood '63", co po części jest winą samej kompozycji, nieciekawej w wersji oryginalnej, a po części muzyków Colosseum, którzy odgrywają ją dość wiernie, z tą różnicą, że za pomocą nieco innego instrumentarium. Szkoda, że w tym miejscu nie znalazł się np. "Valentyne Suite" albo jakiś inny utwór grupy. Jednak największym minusem tego wydawnictwa są moim zdaniem partie wokalne Chrisa Farlowe'a. Jego śpiew jest tutaj równie pretensjonalny, jak na "Daughter of Time" (i wszystkich innych albumach, na jakich śpiewał), a do tego często zagłusza popisy instrumentalistów bezsensownymi, kuriozalnymi wokalizami - niektóre z nich ewidentnie miały rozbawić publiczność, ale są raczej żałosne, niż śmieszne.

"Live" nie zmieściłby się w pierwszej dziesiątce moich ulubionych albumów koncertowych, ale przecież w samej pierwszej połowie lat 70. ukazało się tyle genialnych koncertówek, że nie dla wszystkich starczyłoby miejsca. Pod względem instrumentalnym album Colosseum nie ustępuje (a jeśli nawet, to niewiele) tym najwspanialszym. Jednak pod względem wokalnym wypada dużo słabiej, dla mnie odpychająco. W rezultacie nie jest to longplay, do którego chciałbym często wracać.

Ocena: 8/10

* Zespół reaktywował się (w składzie z "Live") w latach 90. i kontynuował działalność do 2015 roku (mimo śmierci Dicka Heckstall-Smitha w 2004 roku - jego miejsce zajęła Barbara Thompson, żona Jona Hisemana). Zespół zarejestrował w tym czasie kilka albumów studyjnych i koncertowych, jednak nie są one już tak ekscytujące i wartościowe, jak twórczość z pierwszego okresu działalności grupy.



Colosseum - "Live" (1971)

LP1: 1. Rope Ladder to the Moon; 2. Walking in the Park; 3. Skelington
LP2: 1. Tanglewood '63; 2. Stormy Monday Blues; 3. Lost Angeles

Skład: Chris Farlowe - wokal; Dave "Clem" Clempson - gitara, dodatkowy wokal; Mark Clarke - bass, dodatkowy wokal; John Hiseman - perkusja i instr. perkusyjne; Dick Heckstall-Smith - saksofon; Dave Greenslade - instr. klawiszowe
Producent: Gerry Bron i Colosseum


8 stycznia 2017

[Recenzja] Roy Harper - "Flat Baroque and Berserk" (1970)



"Flat Baroque and Berserk" na tle poprzednich trzech albumów Roya Harpera wypada dość monotonnie. W pierwszych jedenastu utworach cały akompaniament stanowią rytmiczne partie gitary akustycznej, sporadycznie wsparte klawiszowym tłem lub harmonijką. Trochę mniej wyraziste stały się melodie. Zdecydowanie ważniejsze są tu teksty. Muzyka stanowi tylko dodatek. Znalazły się tu jednak dwa ważne utwory: ponad ośmiominutowy, bardzo zaangażowany tekstowo "I Hate the White Man", oraz jedna z najlepszych, niebanalnych tekstowo piosenek o miłości - "Another Day". Ten drugi zyskał popularność niemal dekadę później, w 1979 roku, gdy został wykonany w duecie przez Kate Bush i Petera Gabriela. Później jeszcze wielokrotnie był coverowany przez innych wykonawców. Poza tym wyróżniłbym ładne melodycznie "Feeling All the Same", "Davey", "Tom Tiddler's Ground" i "Francesca". Utworem, który najbardziej się wyróżnia, jest jednak finałowy "Hell's Angels" - zadziorna, żywiołowa kompozycja rockowa, z intrygująco przetworzoną efektem wah-wah gitarą akustyczną (dzięki czemu brzmi jak przesterowana gitara elektryczna) i udziałem muzyków The Nice: Keitha Emersona, Lee Jacksona i Briana Davisona. Świetny kawałek, z początku całkiem chwytliwy, a później zmieniający w psychodeliczną improwizację. Bardzo ożywia ten album, choć z drugiej strony raczej średnio pasuje do całości.

"Flat Baroque and Berserk" to album bardzo dylanowski, czego osobiście nie uważam za zaletę. Nie lubię albumów, na których najważniejsza jest warstwa tekstowa, a muzyka ma być jak najmniej wyrazista, aby nie odwracała uwagi od słów. Jednak nawet w takim stylu, Roy Harper pozostaje interesującym artystą - moim zdaniem dużo ciekawszym od Boba Dylana, mającym więcej do zaoferowania.

Ocena: 7/10



Roy Harper - "Flat Baroque and Berserk" (1970)

1. Don't You Grieve; 2. I Hate the White Man; 3. Feeling All the Saturday; 4. How Does It Feel?; 5. Goodbye; 6. Another Day; 7. Davey; 8. East of the Sun; 9. Tom Tiddler's Ground; 10. Francesca; 11. Song of the Ages; 12. Hell's Angels

Skład: Roy Harper - wokal i gitara
Gościnnie: David Bedford - instr. klawiszowe (6,9-11); Keith Emerson - instr. klawiszowe (12); Lee Jackson - bass (12); Brian Davison - perkusja (12)
Producent: Peter Jenner


6 stycznia 2017

[Recenzja] Gentle Giant - "Octopus" (1971)



Tytuł czwartego albumu Gentle Giant jest dwuznaczny. Chodzić może oczywiście o ośmiornicę, którą widać na okładce. Ale może być też odczytany jako "octo opus" - co z łaciny oznacza "osiem dzieł". Z tylu właśnie utworów składa się ten longplay. Z ośmiu krótkich, ale - jak przystało na ten zespół - mocno pokręconych, bogato zaaranżowanych kompozycji. I to właśnie na tym albumie ten charakterystyczny styl został doprowadzony do absolutnej doskonałości. Takie utwory, jak "The Advent of Panurge", "Raconteur Troubadour" czy "River", to kwintesencja Gentle Giant - przebogate, misterne harmonie wokalne, oraz gęsta, połamana gra sekcji rytmicznej, a także (w zależności od utworu) klasycyzujące smyczki, jazzujące dęciaki, wyrafinowane, różnorodne klawisze i ostro brzmiąca gitara. Dzieje się w tych utworach naprawdę dużo, mimo krótkiego czasu trwania. Muzycy potrafili w ciągu czterech minut zmieścić więcej pomysłów, niż niejeden inny zespół na całej płycie. A co więcej, wszystkie te pomysły doskonale układają się w spójne, dopracowane w każdym szczególe kompozycje. Jednak największy podziw budzi we mnie to, że mimo tego całego skomplikowania, utwory te zachwycają naprawdę pięknymi, nierzadko chwytliwymi - ale niebanalnymi - melodiami.

Wypracowany przez grupę styl jest od razu rozpoznawalny, ale poszczególne kompozycje mają swój własny charakter. "Octopus" to album spójny, lecz zróżnicowany. Nie brakuje na nim ciekawych eksperymentów, czego najlepszym przykładem "Knots". Wyróżniają go bardzo złożone, polifoniczne partie wokalne Dereka Shulmana, Phila Shulmana i Kerry'ego Minneara, przybierające formę madrygału. Podkład instrumentalny jest tu zdecydowanie na dalszym planie, momentami ma bardzo minimalistyczny charakter, choć dla kontrastu pojawiają się też cięższe, gęste rytmicznie fragmenty. Z kolei "Dog's Life" pokazuje kunszt Minneara i Raya Shulmana do aranżacji partii instrumentów smyczkowych, na których obaj przepięknie zagrali. Pod względem tekstowym utwór odbiega od pozostałych, do których inspiracji dostarczyła literatura - jest to hołd dla wspomagającej grupę ekipy technicznej. Muzycy postanowili też przedstawić samych siebie - w instrumentalnym "The Boys in the Band", będącym doskonałym pokazem ich kunsztu i zdolności wzajemnej interakcji. Pozornie prostszym utworem wydaje się "A Cry for Everyone" - bardzo chwytliwy i dynamiczny, oparty na zadziornym, hardrockowym riffowaniu. Ale i tutaj w warstwie rytmicznej sporo się dzieje, a dodatkowym urozmaiceniem są przeróżne klawiszowe wstawki. Rzeczywiście mniej (jak na ten zespół) skomplikowanym utworem jest natomiast "Think of Me with Kindness" - po prostu zgrabna ballada, z ładną linią melodyczną i dominującym w akompaniamencie fortepianem. Kompozycja ta powinna być wzorem dla innych wykonawców, jak pisać fortepianowe ballady, bo niewielu się to udawało tak dobrze, bez popadania w kicz i patos. Muzycy Gentle Giant byli jednak zbyt dobrymi aranżerami, żeby nagrać coś kiczowatego.

"Octopus" to opus magnum Gentle Giant i jeden z najgenialniejszych albumów w całym rocku progresywnym. Właśnie taki powinien być rock progresywny - nowatorski, wykraczający inspiracjami daleko poza muzykę rockową (ale z niej również czerpiący), skomplikowany, ale przystępny i niepretensjonalny. Muzycy osiągnęli tu najwyższy poziom na każdej płaszczyźnie - interesujących kompozycji, wciągających melodii, przemyślanych aranżacji i porywającego wykonania. Minusów nie stwierdzono. Trzeba jednak dodać, że jest to muzyka wiele wymagająca od słuchacza, potrzebująca kilku, kilkunastu przesłuchań, aby w nią wsiąknąć. I raczej nie jest to dobry album na rozpoczęcie przygody z Gentle Giant. Lepiej zacząć od tych prostszych longplayów, jak debiut i "Three Friends", potem "Acquiring the Taste" i dopiero wtedy, po dobrym osłuchaniu z tamtymi, sięgnąć po "Octopus".

Ocena: 10/10



Gentle Giant - "Octopus" (1971)

1. The Advent of Panurge; 2. Raconteur Troubadour; 3. A Cry for Everyone; 4. Knots; 5. The Boys in the Band; 6. Dog's Life; 7. Think of Me with Kindness; 8. River

Skład: Derek Shulman - wokal (1-4,8), saksofon (5); Phil Shulman - wokal (1,4,6,8), trąbka (1,2), saksofon (4,5), melofon (7); Kerry Minnear - wokal (1,4,7), instr. klawiszowe, wiolonczela (2,6), instr. perkusyjne (2); Gary Green - gitara (1,3-5,8), instr. perkusyjne (2); Ray Shulman - bass, skrzypce (2-6,8), altówka (6), gitara (6), instr. perkusyjne (3), dodatkowy wokal; John Weathers - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Gentle Giant