28 kwietnia 2017

[Recenzja] Caravan - "In the Land of Grey and Pink" (1971)



Najsłynniejszy album Caravan jest taki, jak jego okładka - bajkowy w klimacie, pastelowy w brzmieniu. Longplay składa się z czterech krótszych utworów, wypełniających stronę A winylowego wydania, oraz ponad 20-minutowej suity, zajmującej stronę B. Głównymi twórcami materiału są Richard i David Sinclairowie. Kompozytorski wkład Pye'a Hastingsa jest znacznie mniejszy, niż na poprzednich albumach. Podpisał się tylko pod jednym utworem, "Love to Love You (And Tonight Pigs Will Fly)", zresztą najsłabszym, irytująco banalnym i zaniżającym poziom całości. Niestety, kompozycje kuzynów Sinclairów też nie zawsze są najwyższych lotów, czego przykładem otwierający całość "Golf Girl", o popowo miałkiej melodii zbudowanej wokół prostego tematu na trąbce. Nieco lepiej wypada tytułowy "In the Land of Grey and Pink", pozornie nieciekawy, ale zwracający uwagę ładnymi klawiszowymi pasażami w instrumentalnej części.

Prawdziwą perłą jest natomiast siedmiominutowy "Winter Wine", rozpoczynający się folkowo, ale po chwili nabierający rockowej dynamiki i stopniowo rozwijający się w coraz bardziej zachwycający sposób. Wspaniała melodia i niebanalna warstwa instrumentalna czynią z niego jeden z najwspanialszych utworów w dorobku Caravan. Już dla samej tej kompozycji obowiązkowo trzeba zapoznać się tym longplayem. A jest tu przecież jeszcze wspomniana suita "Nine Feet Underground", podzielona na osiem "segmentów", jednak całkiem spójna. Dominują w niej udane klawiszowe popisy Davida Sinclaira, świetnie dopełniane pulsującym basem Richarda. Nie zaszkodziłoby jednak, gdyby utwór był nieco krótszy. Pominięta powinna zastać przede wszystkim ostatnia, niemal hardrockowa część, która nie dość, że trochę nie pasuje klimatem do reszty utworu (i reszty albumu), to jeszcze opiera się na riffie ocierającym się o plagiat riffu "Sunshine of Your Love" Cream, a trochę też tego z "You Really Got Me" The Kinks.

"In the Land of Grey and Pink" to żadne arcydzieło - ot, przyjemny album, z kilkoma naprawdę dobrymi momentami, ale i kilkoma mniej udanymi, a także jedną ewidentną pomyłką. Sądzę, że "siódemka" jest tu w pełni uzasadnioną oceną.

Ocena: 7/10



Caravan - "In the Land of Grey and Pink" (1971)

1. Golf Girl; 2. Winter Wine; 3. Love to Love You (And Tonight Pigs Will Fly); 4. In the Land of Grey and Pink; 5. Nine Feet Underground

Skład: Richard Sinclair - wokal (1,2,4,5) i bass; David Sinclair - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Pye Hastings - gitara, wokal (3,5); Richard Coughlan - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jimmy Hastings - flet i saksofon; John Beecham - trąbka (1); Dave Grinstead - efekty
Producent: David Hitchcock


25 kwietnia 2017

[Recenzja] Les McCann - "Invitation to Openness" (1972)



Les McCann to pianista jazzowy, który karierę zaczynał pod koniec lat 50. Popularność zyskał jednak dopiero dekadę później, po występie na Montreux Jazz Festival '69, udokumentowanym albumem "Swiss Movement" (sygnowanym wspólnie z saksofonistą Eddiem Harrisem). Zawarte na nim wykonanie "Compared to What" (kompozycji Gene'a McDanielsa po raz pierwszy nagranej przez McCanna w 1966 roku) stało się sporym przebojem. No właśnie - McCann wykonywał raczej komercyjną (choć nie bezwartościową) odmianę jazzu, taneczną, czasem z partiami wokalnymi. Dlatego tym większym zaskoczeniem jest album "Invitation to Openness", pokazujący McCanna od znacznie ambitniejszej strony.

Album został zarejestrowany podczas ledwie jednego majowego dnia 1971 roku, w bardzo rozbudowanym składzie. Oprócz Lesa McCanna w sesji udział wzięli: grający na instrumentach dętych Yusef Lateef, gitarzyści David Spinozza i Cornell Dupree, pianista Jodie Christian, basiści Bill Salter i Jimmy Rowser, perkusiści i perkusjonaliści Alphonse Mouzon, Donald Dean, Bernard Purdie, Buck Clarke i Ralph McDonald, oraz harfista Corky Hale. Wiele z tych nazwisk to ważne postacie na jazzowej scenie, a część z tych muzyków współpracowała także z wykonawcami bluesowymi, soulowymi i rockowymi (chociażby z BB Kingiem, Johnem Mayallem i Jamesem Brownem). Nie będę tutaj wymieniał wszystkich ich osiągnięć, bo zajęłoby to naprawdę dużo miejsca, ale polecam sprawdzić samemu.

Longplay składa się z zaledwie trzech, całkowicie instrumentalnych kompozycji (wszystkie są autorstwa McCanna). Już na początku pojawia się najdłuższa z nich, 26-minutowa "The Lovers", w wydaniu winylowym zajmująca całą stronę A. Utwór stanowi fantastyczny przegląd tego, co w tamtym czasie działo się w muzyce jazzowej. Eteryczne dźwięki pianina elektrycznego i zatopione w nich delikatne partie gitary to elektryczny jazz w stylu "In a Silent Way" Milesa Davisa. Z kolei bogate brzmienia perkusyjne mogą kojarzyć się z jego "Bitches Brew". Dźwięki harfy i wchodniobrzmiące solówki Lateefa wnoszą psychodeliczny klimat spiritual jazzu (z rejonów eksplorowanych przez Alice Coltrane i Pharaoha Sandersa). Natomiast bardziej energetyczne fragmenty z ostrzejszymi gitarami i funkową rytmiką to wzorowe fusion (przywodzące na myśl albumy Billy'ego Cobhama i grającego tutaj Alphonse'a Mouzona). To wszystko miesza się w różnych proporcjach, w utworze co rusz zmienia się dynamika i stale trwa wymiana solówek między instrumentalistami. Całość brzmi bardzo intrygująco i po prostu niesamowicie.

Nieco mniejsze wrażenie pozostawiają dwa krótsze, około 13-minutowe, utwory ze strony B. Nie zrozumcie mnie źle - to wciąż fajne granie, tylko już nie tak wyjątkowe. Naprawdę ładnie wypada "Beaux J. Poo Boo", płynący swobodnie, nieśpiesznie, może trochę monotonnie, ale właśnie w ten sposób budowany jest nastrój. W instrumentarium dominują subtelne partie pianina elektrycznego, uzupełniane przede wszystkim klimatycznymi solówkami na flecie i dodającymi momentami ostrości gitarami. Sporo dzieje się także w warstwie rytmicznej, dzięki rozbudowanej, pięcioosobowej sekcji perkusyjnej. "Poo Pye McGoochie (and His Friends)" jest nieco bardziej zróżnicowany, pojawia się więcej solówek na różnych instrumentach, momentami ocierających się o granie freejazzowe. Jednak powtarzający się co jakiś czas banalny syntezatorowy motyw, o brzmieniu, które dziś może tylko rozśmieszyć lub zażenować, zdecydowanie zaniża tu poziom. To niestety największa wada brzmień elektronicznych - coś, co kiedyś wydawało się nowoczesne i futurystyczne, dziś jest szczytem kiczu i obciachu. Szkoda, że w tym wypadku traci na tym naprawdę dobry materiał.

Gorąco polecam wszystkim rockowym słuchaczom skorzystanie z zaproszenia Lesa McCanna do otwartości. Słuchanie jazzu - zwłaszcza w tak dobrym wykonaniu, jak na tym albumie - pomaga znacznie rozszerzyć muzyczne horyzonty. I wcale nie chodzi w tym o to, aby przestać słuchać rocka, lecz nauczyć się wybierać z niego to, co najbardziej wartościowe. "Invitation to Openness" prawdopodobnie nie jest jednak dobrym wyborem na rozpoczęcie słuchania jazzu przez rockowych słuchaczy, gdyż elementy rockowe występują tu w naprawdę śladowych ilościach, o ile w ogóle. Za to album ten idealnie sprawdzi się jako kolejny krok na drodze poznawania jazzu, po przesłuchaniu opisanych już przeze mnie dokonań Soft Machine, Mahavishnu Orchestra, Billy'ego Cobhama, Alphonse'a Mouzona i Johna Abercrombiego.

Ocena: 8/10



Les McCann - "Invitation to Openness" (1972)

1. The Lovers; 2. Beaux J. Poo Boo; 3. Poo Pye McGoochie (and His Friends)

Skład: Les McCann - instr. klawiszowe; Yusef Lateef - saksofon, obój, flet, instr. perkusyjne; David Spinozza - gitara; Cornell Dupree - gitara; Jodie Christian - elektryczne pianino; Corky Hale - harfa; Bill Salter - bass; Jimmy Rowser - bass; Alphonse Mouzon - perkusja i instr. perkusyjne; Donald Dean - perkusja i instr. perkusyjne; Bernard Purdie - perkusja i instr. perkusyjne; William Clarke - instr. perkusyjne; Ralph McDonald - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Joel Dorn


24 kwietnia 2017

[Recenzja] Deep Purple - "The BBC Sessions 1968-1970" (2011)



Nowy album Deep Purple, "Infinite" podzielił fanów grupy na tych, którzy są w stanie dostrzec jego wady i na tych, których zachwyci każde gówno sygnowane tą nazwą. Bez względu jednak na to, jak bardzo w ostatnich latach muzycy zdziadzieli - i nie mam tu na myśli ich wieku, a podejście do grania, całkiem już pozbawione kreatywności - to nie sposób zapomnieć, jak wiele zrobili kiedyś dla muzyki rockowej. W pierwszej połowie lat 70. niewiele grup mogło się równać z Deep Purple. Nawet zbiór sesji radiowych z tego (i nieco wcześniejszego) okresu zasługuje na uwagę.

Album "The BBC Sessions 1968-1970" składa się z dwóch płyt kompaktowych. Pierwszą z nich wypełniają nagrania dokonane w radiowych studiach pomiędzy czerwcem 1968, a lipcem 1969 roku. Zespół wciąż występował wtedy w swoim oryginalnym składzie, z wokalistą Rodem Evansem i basistą Nickiem Simperem. Podobnie, jak na trzech studyjnych longplayach Mark I, repertuar w znacznym stopniu składa się z cudzych kompozycji. Muzycy zaprezentowali m.in. własną wersje beatlesowskiego "Help!", a także przeróbki utworów "I'm So Glad" Skipa Jamesa i "Hey Joe" Billy'ego Robertsa, spopularyzowanych w drugiej połowie lat 60. przez - odpowiednio - grupy Cream i The Jimi Hendrix Experience. Nie zabrakło również największego przeboju tej inkarnacji zespołu, czyli "Hush" z repertuaru Billy'ego Joego Royala. Utwór pojawia się tutaj w dwóch wersjach - ciekawsza jest wcześniejsza, z debiutanckiej sesji grupy, dzięki dłuższym popisom instrumentalistów. Zespół zarejestrował także kilka swoich wczesnych kompozycji, jak popowy "One More Rainy Day", zadziorniejszy, lecz bardzo chwytliwy "Emmaretta", oraz zapowiadające późniejsze dokonania, hardrockowe instrumentale "And the Adress" i "Wring That Neck". Niespodzianką są dwa utwory spoza regularnych albumów grupy. Przeróbka ballady "It's All Over" Bena E. Kinga jest zbyt cukierkowata, za to autorski "Hey Bop a Re Bop" jest naprawdę fajny, głównie za sprawą ostrych, nieco psychodelicznych popisów Ritchiego Blackmore'a.

Tylko połowa tych nagrań była wcześniej wydana (na reedycjach albumów "Shades of Deep Purple", "The Book of Taliesyn" i "Deep Purple"), pozostałe dopiero tutaj mają swoją premierę. Wykonania są dość zachowawcze i nieznacznie odbiegają od studyjnych pierwowzorów. Brzmienie niestety pozostawia wiele do życzenia. Dodatkowo irytują zapowiedzi radiowego DJ-a, nakładające się na wstępy lub zakończenia kilku utworów. Całości dopełnia półtoraminutowy fragment wywiadu z Rodem Evansem.

Druga płyta to już nagrania najsłynniejszego składu grupy, tzw. Mark II, z Ianem Gillanem i Rogerem Gloverem na miejscach Evensa i Simpera, zarejestrowane pomiędzy sierpniem 1969, a wrześniem 1970 roku. Bardzo ciekawy jest już sam początek, w postaci utworów "Ricochet" - wczesnej wersji "Speed King", jeszcze bez wstępu i z innym tekstem - oraz "The Bird Has Flown", czyli jednego z bardzo nielicznych utworów Mark I granych także przez następny skład. Szkoda tylko, że było to zarazem ostatnie wykonanie tego utworu, jednego z najlepszych we wczesnym repertuarze Deep Purple, tutaj świetnie zinterpretowanego przez Gillana. Podczas kolejnych sesji zespół zaprezentował prawie wszystkie utwory z albumu "In Rock" - z wyjątkiem "Flight of the Rat", ale za to z singlowym "Black Night", oraz udanymi instrumentalnymi jamami "Jam Stew" i "Grabsplatter". Jest też kolejna wersja "Speed King", już z właściwym tekstem, ale znów bez wstępu. A także porywające wykonanie "Child in Time", z rewelacyjnymi improwizacjami w części instrumentalnej.

Wszystkie utwory z drugiej płyty były już wcześniej wydane - większość z nich w obszernym boksie "Listen, Learn, Read On" z 2002 roku, a "Grabsplatter" znacznie wcześniej, bo na składance "The Anthology" z 1985 roku. Tym razem wykonania trochę bardziej odbiegają od wersji studyjnych i to zazwyczaj na korzyść tutejszych. W porównaniu z pierwszym dyskiem, lepsze jest też brzmienie (szczególnie w przypadku "Hard Lovin' Man", którzy brzmi nawet lepiej niż na albumie - w końcu wyraźnie słychać bas). Niestety, znów pojawiają się radiowe zapowiedzi. Uzupełnieniem jest fragment wywiadu z Jonem Lordem.

"The BBC Sessions 1968-1970" bez wątpienia jest pozycją wartą poznania (dla wielbicieli Deep Purple i klasycznego hard rocka - obowiązkową), ciekawą pod względem historycznym, ale ze względu na wszystkie opisane wyżej mankamenty, nie mogę wystawić wyższej oceny.

Ocena: 7/10



Deep Purple - "The BBC Sessions 1968-1970" (2011)

CD1: 1. Hush*; 2. One More Rainy Day*; 3. Help!*; 4. And the Address*; 5. Hey Bop a Re Bop; 6. Emmaretta; 7. Wring That Neck; 8. Brian Matthew interviews Rod Evans*; 9. Hey Joe; 10. It's All Over; 11. The Painter; 12. Laléna; 13. The Painter*; 14. I'm So Glad*; 15. Hush*
CD2: 1. Ricochet; 2. The Bird Has Flown; 3. Speed King; 4. Jam Stew; 5. Hard Lovin' Man; 6. Bloodsucker; 7. Living Wreck; 8. Jon Lord interview; 9. Black Night; 10. Grabsplatter; 11. Into the Fire; 12. Child in Time

* nagrania wcześniej niepublikowane

Skład: Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne; Rod Evans - wokal (CD1); Nick Simper - bass i dodatkowy wokal (CD1); Ian Gillan - wokal (CD2); Roger Glover - bass (CD2)
Producent: Deep Purple


21 kwietnia 2017

[Recenzja] King Crimson - "Three of a Perfect Pair" (1984)



"Three of a Perfect Pair" to ostatnia część tzw. "kolorowej trylogii" - trzech albumów King Crimson nagranych w latach 80. przez ten sam skład, spójnych stylistycznie i ozdobionych podobnymi, minimalistycznymi okładkami z jednolitym tłem w innym kolorze. Po bardzo udanym, odświeżającym styl grupy "Discipline" i dobrym, choć nierównym "Beat", przyszła pora na... najsłabszą odsłonę trylogii.

"Three of a Perfect Pair" wyraźnie dzieli się na dwie części, odpowiadające dwóm stronom wydania winylowego. Strona A, zatytułowana "The Left Side", to utwory o bardziej piosenkowym charakterze. Tytułowy "Three of a Perfect Pair", "Model Man", "Sleepless" i "Man with an Open Heart", pomimo pewnych udziwnień (zwłaszcza w warstwie rytmicznej), to kawałki bardzo melodyjne, wręcz przebojowe. W przypadku "Sleepless" dosłownie - to największy singlowy przebój zespołu. Jedyny któremu udało się trafić na brytyjskie notowanie (choć 79. miejsce nie robi wrażenia). Zwraca uwagę bardziej syntetyczne brzmienie - oprócz tradycyjnego instrumentarium zespół sięgnął po syntezatory i elektroniczną perkusję. Stronę kończy łagodny instrumental "Nuages (That Which Passes, Passes Like Clouds)", w którym te technologiczne nowinki pełnią dominującą rolę, uzupełnia je jednak cieplejsza gitarowa partia Roberta Frippa.

"The Right Side", czyli strona B, to bardziej eksperymentalne oblicze grupy. Dominują utwory instrumentalne. "Industry", zgodnie z tytułem, brzmi bardzo industrialnie, mechanicznie. Muzykom udało się stworzyć tutaj świetny, mroczny klimat. "Dig Me" wyróżnia się dziwną partią wokalną i sprawiającym wrażenie kompletnego chaosu warstwą muzyczną. Równie przypadkowy wydaje się mroczny, zdominowany przez elektroniczne brzmienia "No Warning". Całość kończy trzecia część kompozycji "Larks' Tongues in Aspic", jeszcze bardziej pokomplikowana i pokręcona od poprzednich dwóch (z wydanego jedenaście lat wcześniej tak samo zatytułowanego albumu), świetnie wykorzystująca charakterystyczne dla tego albumu brzmienia elektroniczne.

"Three of a Perfect Pair" jako całość nie przekonuje, a raczej wywołuje ambiwalentne odczucia. Są tutaj naprawdę interesujące momenty (jak "Industry", "Larks'...", czy zgrabnie łączący przebojowość z bardziej ambitnym podejściem utwór tytułowy), ale czasem zespół za bardzo zapuszcza się w mainstreamowe rejony (jak na ten zespół zbyt konwencjonalne, wręcz banalne "Man with an Open Heart" i "Modal Man"), a kiedy indziej znów za bardzo komplikuje (przede wszystkim "Dig Me"). W sumie nie dziwi decyzja Roberta Frippa o ponownym rozwiązaniu grupy.

Ocena: 6/10



King Crimson - "Three of a Perfect Pair" (1984)

1. Three of a Perfect Pair; 2. Model Man; 3. Sleepless; 4. Man with an Open Heart; 5. Nuages (That Which Passes, Passes Like Clouds); 6. Industry; 7. Dig Me; 8. No Warning; 9. Larks' Tongues in Aspic (Part III)

Skład: Adrian Belew - wokal i gitara; Robert Fripp - gitara; Tony Levin - bass, Chapman stick, syntezator, dodatkowy wokal; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: King Crimson


19 kwietnia 2017

[Recenzja] Albert King, Steve Cropper & Pop Staples - "Jammed Together" (1969)



Blues i blues rock to jedne z moich ulubionych rodzajów muzyki. Jednak od jakiegoś czasu mam z nimi pewien problem. Otóż wciąż bardzo chętnie wracam do swoich ulubionych albumów w tych stylach, ale nowo poznawane nie robią na mnie żadnego wrażenia lub wręcz odpychają. Bez wątpienia jest to spowodowane samą specyfiką bluesa, czyli powielaniem wciąż tych samych, ściśle określonych schematów. Po przesłuchaniu kilku stricte bluesowych i kilkudziesięciu bluesrockowych (te drugie nierzadko odchodzą od utartych schematów, stąd to rozróżnienie), kolejne nie mogą już niczym zaskoczyć, ani zachwycić. Kiedy myślałem, że nie znajdę w tych stylach już nic, co by mnie zainteresowało, trafiłem na album "Jammed Together", sygnowany nazwiskami Steve'a Croppera, Popa Staplesa i Alberta Kinga.

Najbardziej znanym z tej trójki jest oczywiście Albert King. Jeden z najbardziej uznanych i wpływowych gitarzystów bluesowych, a także jeden z pionierów elektrycznego bluesa. Razem z Freddiem Kingiem i B.B. Kingiem jest zaliczany do tzw. "Trzech Królów Bluesa". Inspirowali się nim m.in. tacy gitarzyści, jak Eric Clapton, Jimi Hendrix, Mike Bloomfield czy Gary Moore. Najbardziej znanym utworem Kinga jest "Born Under a Bad Sign", napisany dla niego przez Bookera T. Jonesa i Williama Bella, później nagrany m.in. przez grupy Cream i The Butterfield Blues Band. Popularność zdobyło także jego wykonanie bluesowego standardu "As the Years Go Passing By".

Gitarzystą z zupełnie innej bajki zdaje się być Pop Staples - członek istniejącej od końca lat 40. do połowy lat 90. gospelowej grupy The Staple Singers. Cóż może go łączyć z Kingiem? Otóż obaj nagrywali dla tej samej wytwórni, Stax Records. Łączy ich także osoba Steve'a Croppera, gitarzysty zespołu Booker T. & the M.G.'s, który oprócz nagrywania własnych albumów, zajmował się również wspomaganiem innych artystów zakontraktowanych przez Stax Records. Cropper grał zarówno na albumach The Staple Singers, jak i Alberta Kinga. Ponadto występował w zespole Blues Brothers i nagrywał jako solista.

Pomysł nagrania przez tę trójkę "Jammed Together" zapewne wyszedł od wytwórni, jednak efekt jest naprawdę udany. Na repertuar składają się głównie instrumentalne utwory, eksponujące gitarowe popisy Kinga, Croppera i Staplesa. Ale i pozostali instrumentaliści - w tym klawiszowiec Booker T Jones, basista Duck Dunn i perkusista Al Jackson, czyli wszyscy pozostali członkowie Booker T. & the M.G.'s - wyraźnie zaznaczają swoją obecność. Przede wszystkim w "Opus De Soul", w którym istotną rolę odgrywają świetne partie klawiszy, a miejsce na krótką solówkę dostał Dunn. Czasem pojawia się też sekcja dęta ("Baby, What You Want Me to Do", "Don't Turn Your Heater Down"). Zazwyczaj to jednak gitary całkowicie determinują charakter kompozycji, jak w porywających, bardzo energetycznych "Big Bird" i "Knock on Wood", albo w zabawnym "Homer's Theme". Ponadto na albumie znalazły się trzy utwory z partiami wokalnym - po jednym w wykonaniu każdego z gitarzystów. Słabiutko niestety wypada "Water" z przeciętnym śpiewem Croppera i zbyt popową, banalną warstwą muzyczną. Rewelacyjnie wyszły natomiast przeróbki klasycznych kompozycji "What'd I Say" Raya Charlesa i "Tupelo" Johna Lee Hookera, śpiewane odpowiednio przez Kinga i Staplesa, nie tylko ze względu na partie wokalne, ale przede wszystkim dzięki porywającej grze wszystkich muzyków - wspaniałym, rozbudowanym gitarowym popisom i fantastycznej, interesującej grze sekcji rytmicznej.

Już dawno nie słuchałem z taką przyjemnością żadnego nieznanego mi wcześniej albumu bluesowego. Dlatego jestem pewien, że "Jammed Together" przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom tego stylu. Gorąco polecam.

Ocena: 8/10



Albert King, Steve Cropper & Pop Staples - "Jammed Together" (1969)

1. What'd I Say; 2. Tupelo; 3. Opus De Soul; 4. Baby, What You Want Me to Do; 5. Big Bird; 6. Homer's Theme; 7. Trashy Dog; 8. Don't Turn Your Heater Down; 9. Water; 10. Knock on Wood

Skład: Albert King - gitara, wokal (1); Steve Cropper - gitara, wokal (9); Pop Staples - gitara (1-6,8,9), wokal (2); Duck Dunn - bass; Al Jackson - perkusja; Booker T Jones - instr. klawiszowe; Isaac Hayes - instr. klawiszowe; Memphis Horns - instr. dęte (4,8)
Producent: Al Bell i Al Jackson


18 kwietnia 2017

[Recenzja] John Abercrombie - "Timeless" (1975)



John Abercrombie to jeden z najbardziej znanych gitarzystów jazzowych. Jego kariera rozpoczęła się pod koniec lat 60., gdy wspólnie z Billym Cobhamem i Braćmi Brecker (wziętymi muzykami sesyjnymi, grającymi na instrumentach dętych) stworzył jedną z pierwszych grup łączących jazz z rockiem, nazwaną Dreams. Po jej rozwiązaniu, Abercrombie udzielał się jako sideman. W tej roli wystąpił m.in. na albumach Cobhama ("Crosswinds" i "Total Eclipse"), Gila Evansa ("The Gil Evans Orchestra Plays the Music of Jimi Hendrix"), a nawet na anglojęzycznym longplayu Czesława Niemena, "Mourner's Rhapsody". W czerwcu 1974 roku, podczas zaledwie dwudniowej sesji, po raz pierwszy wystąpił w roli lidera. Towarzyszyli mu wówczas klawiszowiec Jan Hammer (Mahavishnu Orchestra, Jeff Beck) i perkusista Jack DeJohnette (lista jego osiągnięć jest bardzo długa, ale największą sławę przyniósł mu udział w nagraniach albumów "Bitches Brew" i "Jack Johnson" Milesa Davisa). Wynikiem tej sesji jest album "Timeless".

Longplay wypełnia sześć kompozycji (cztery Abercrombiego i dwie Hammera), utrzymanych w stylistyce elektrycznego jazzu, na ogół dość szybkich i dynamicznych, ale na jazzowy sposób (np. "Lungs", "Ralph's Piano Waltz"). Brzmienie albumu jest wręcz krystalicznie czyste i znacznie lżejsze od agresywnych, ciężkich partii Johna McLaughlina z albumów Mahavishnu Orchestra, czy nawet z "Jacka Johnsona" (z wyjątkiem drugiej połowy "Red and Orange", najbardziej jazzrockowego fragmentu longplaya). Bardzo ładnie wypadają na albumie łagodniejsze tematy ("Love Song", "Remembering"). A prawdziwą perłą jest niesamowity, przepiękny utwór tytułowy. Zaczyna się dość niepozornie, ambientowymi plamami klawiszy i zatopionymi w nich, delikatnymi dźwiękami gitary. Jednak po czterech minutach klawisze milkną i rozbrzmiewa prawdziwie magiczny popis Abercrombiego, wydobywającego cudowne dźwięki ze swojej gitary, z subtelnym akompaniamentem perkusji i - w dalszej części - organowym tłem. Piękno w najczystszej postaci, po prostu niebiańska muzyka.

"Timeless" to naprawdę udany debiut. Ale przecież w takim składzie nie mogło powstać nic słabego. Po wydaniu albumu, Abercrombie i DeJohnette kontynuowali swoją współpracę i razem z basistą Davem Hollandem (kolejnym muzykiem, który zyskał sławę grając z Milesem Davisem) wydali w latach 70. dwa udane albumy, "Gateway" i "Gateway 2", utrzymane na pograniczu jazzu i rocka.

Ocena: 8/10



John Abercrombie - "Timeless" (1975)

1. Lungs; 2. Love Song; 3. Ralph's Piano Waltz; 4. Red and Orange; 5. Remembering; 6. Timeless

Skład: John Abercrombie - gitara; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Jack DeJohnette - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Manfred Eicher


14 kwietnia 2017

[Recenzja] King Crimson - "Beat" (1982)



"Beat" to pierwszy album w historii King Crimson nagrany w dokładnie tym samym składzie, co poprzedni. Pod względem stylistycznym stanowi zaś bezpośrednią kontynuację "Discipline". Zespół jeszcze dalej zapuszcza się w rejony new wave i post-punku. Utwory opierają się zazwyczaj na nieoczywistych, połamanych rytmach i interesująco przeplatających się partiach dwóch gitar o czystym, przestrzennym brzmieniu (np. "Neal and Jack and Me", "Waiting Man" czy instrumentalny "Sartori in Tangier"). Sporym zaskoczeniem są utwory o zdecydowanie mniej skomplikowanym charakterze i wręcz popowych melodiach. Jak singlowy "Heartbeat", który chętnie odtwarzały amerykańskie stacje radiowe. I trudno się temu dziwić, bo utwór wyróżnia się naprawdę zapadającą w pamięć melodią. Taki kawałek mógłby zostać nagrany w tamtym czasie przez jakieś - za przeproszeniem - U2, gdyby tylko muzycy tej grupy potrafili tworzyć tak dobre kompozycje i mieli odrobinę ambicji. Drugim bardziej "popowym" utworem jest delikatna ballada "Two Hands", z interesującym klimatem tworzonym przede wszystkim przez perkusjonalia Billa Bruforda. Z drugiej strony, są tu także utwory o bardziej eksperymentalnym charakterze, jak zwariowany "Neurotica", z iście obłąkaną warstwą muzyczną i głównie mówioną partią wokalną Adriana Belewa, oraz finałowy instrumental "Requiem", całkowicie pozbawiony struktury, sprawiający wrażenie chaotycznej improwizacji, w której zupełnie przypadkowe partie poszczególnych muzyków zupełnie ze sobą nie współgrają, a jednak jest w tym coś intrygującego.

"Beat" to album niespójny, pokazujący niezdecydowanie muzyków co do kierunku, w jakim chcieliby pójść (czy grać bardziej piosenkowo, czy bardziej eksperymentalnie), a jako całość nie tak udany, jak "Discipline". Są tu jednak naprawdę dobre momenty, dla których warto poznać ten album.

Ocena: 7/10



King Crimson - "Beat" (1982)

1. Neal and Jack and Me; 2. Heartbeat; 3. Sartori in Tangier; 4. Waiting Man; 5. Neurotica; 6. Two Hands; 7. The Howler; 8. Requiem

Skład: Adrian Belew - wokal i gitara, perkusja (3); Robert Fripp - gitara, organy; Tony Levin - bass, Chapman stick, dodatkowy wokal; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rhett Davies