16 lutego 2018

[Recenzja] Herbie Hancock - "Maiden Voyage" (1965)



"Maiden Voyage", najsłynniejszy album Herbiego Hancocka z epoki jazzu akustycznego, został zarejestrowany podczas jednodniowej sesji, 17 marca 1965 roku. Pianiście towarzyszą ci sami muzycy, co na poprzednim w jego dyskografii "Empyrean Isles" - trębacz Freddie Hubbard, basista Ron Carter i perkusista Tony Williams. Ponadto w nagraniach wziął udział saksofonista George Coleman, który parę miesięcy wcześniej przez pewien czas grał z Hancockiem, Carterem i Williamsem w kwintecie Milesa Davisa (można go usłyszeć na albumie "Seven Steps to Heaven" i kilku koncertówkach z tamtego okresu).

"Maiden Voyage" to swego rodzaju album koncepcyjny. Tytuły większości utworów nie przypadkiem kojarzą się z tematyką marynistyczną. Kompozycje mają charakter ilustracyjny, co sprawia, że nie są całkowicie abstrakcyjne, jak większość jazzu. Album składa się z pięciu kompozycji Herbiego. Jedną z nich, "Little One", pianista nagrał już kilka tygodni wcześniej (z tą samą sekcją rytmiczną), na album "E.S.P." kwintetu Davisa. W nowej wersji zachowany został subtelny klimat oryginału, ale oczywiście zupełnie inaczej są grane wszystkie solówki. Pozostałe utwory są już w pełni premierowe. Tytułowy "Maiden Voyage" - ulubiona własna kompozycja Hancocka - oraz "Dolphin Dance" stały się jazzowymi standardami. Wraz z "Little One", stanowią doskonały przykład jazzu modalnego. Dwa pozostałe, bardziej ekspresyjne nagrania, "The Eye of the Hurricane" i "Survival of the Fittest" (będący przede wszystkim popisem Williamsa), bliższe są hard bopu. Zarówno w tych szybszych, jak i w delikatniejszych utworach, muzycy zachwycają swoim zgraniem i pomysłowymi partiami solowymi.

Ten album to absolutny kanon jazzu. Osobiście podchodzę do niego jednak z pewną rezerwą. Zawarta na nim muzyka nie wyróżnia się szczególnie na tle innych ówczesnych wydawnictw. Jest zgrabnie skomponowana, świetnie wykonana, ale często sprawiająca wrażenie zbyt zachowawczej i wykalkulowanej. Wciąż jednak jest to bardzo przyjemny album.

Ocena: 8/10



Herbie Hancock - "Maiden Voyage" (1965)

1. Maiden Voyage; 2. The Eye of the Hurricane; 3. Little One; 4. Survival of the Fittest; 5. Dolphin Dance

Skład: Herbie Hancock - pianino; Freddie Hubbard - trąbka; George Coleman - saksofon; Ron Carter - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion


15 lutego 2018

[Recenzja] The Velvet Underground - "White Light/White Heat" (1968)



Po komercyjnej klapie "The Velvet Underground & Nico", muzycy zespołu postanowili sami pokierować swoją karierą. Odprawili Andy'ego Warhola i Nico (która w efekcie rozpoczęła karierę solową), a następnie zabrali się za nagranie drugiego albumu. Uznali, że najlepszym rozwiązaniem będzie próba odtworzenia w studiu muzyki, jaką grali podczas koncertów. Tym samym, całkowicie zrezygnowali z obecnych na debiucie elementów folkowych, oraz nawiązań do psychodelii. Materiał zawarty na "White Light/White Heat" ma o wiele bardziej eksperymentalny, awangardowy charakter.

Utwory można podzielić na dwie grupy. Do pierwszej zaliczają się krótsze nagrania o quasi-piosenkowym charakterze. Tytułowy "White Light/White Heat", "Lady Godiva's Operation", "Here She Comes Now" i "I Heard Her Call My Name" mogłyby konkurować na listach przebojów z ówczesnymi singlami Stonesów, gdyby nie brzmienie. Brudne, mocno przesterowane, pełne gitarowych sprzężeń i zgrzytów, ale w przeciwieństwie do stosującego podobne dźwięki Hendrixa czy grupy Cream, jest to granie o wiele bardziej hałaśliwe, chaotyczne, atonalne. Do drugiej grupy należą utwory jeszcze bardziej niekonwencjonalne. Ośmiominutowy "The Gift" składa się z recytacji Johna Cale'a (słyszalnej tylko w lewym kanale) i jednostajnego podkładu instrumentalnego z motoryczną grą sekcji rytmicznej i zgrzytliwymi partiami gitary (obecnego tylko w prawym kanale). Z kolei finałowy "Sister Ray" to 17-minutowy jam zbudowany na ledwie trzech akordach. Pomimo agresywnego, przesterowanego brzmienia, kawałek tak hipnotyzuje, że ciężko się od niego oderwać.

"White Light/White Heat" to kolejny bardzo wpływowy album na późniejszą muzykę rockową - to zupełnie pierwszy, archetypowy przykład noise rocka. Jednak o wartości tego albumu decyduje nie tylko jego oryginalność i oddziaływanie na późniejsze pokolenia muzyków. Zawarta tutaj muzyka broni się sama, każdy utwór przyciąga czymś uwagę - jeśli nie eksperymentami, to ukrytą pod warstwą sprzężeń dobrą melodią. Samo brzmienie również robi wrażenie, zwłaszcza jak na początek 1968 roku. W tamtym czasie było to prawdziwe ekstremum, nikt nie brzmiał tak brutalnie.

Ocena: 9/10



The Velvet Underground - "White Light/White Heat" (1968)

1. White Light/White Heat; 2. The Gift; 3. Lady Godiva's Operation; 4. Here She Comes Now; 5. I Heard Her Call My Name; 6. Sister Ray

Skład: Lou Reed - wokal i gitara; John Cale - bass (1,2,4,5), instr. klawiszowe (1,4,6), skrzypce (3,4), wokal (2,3), dodatkowy wokal, efekty; Sterling Morrison - gitara, bass (3), dodatkowy wokal, efekty; Maureen Tucker - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tom Wilson


14 lutego 2018

[Recenzja] Captain Beefheart and his Magic Band - "Strictly Personal" (1968)



Drugi album Captaina Beefhearta i jego magicznego zespołu początkowo miał nosić tytuł "It Comes to You in a Plain Brown Wrapper" (po tym pomyśle została tylko nawiązująca do tamtego tytułu okładka) i składać się z dwóch płyt, wypełnionych porywającymi, bluesrockowymi kawałkami. Niestety, producent Bob Krasnow postanowił - za plecami muzyków - ingerować w gotowy już materiał. Nie tylko dokonał nowego miksu, ale także ponakładał przeróżne efekty, które miały nadać psychodelicznego charakteru. Było to koniunkturalne zagranie - rock psychodeliczny był w tamtych czasach bardziej popularny w Stanach od bluesa. Krasnow zadecydował także, aby album składał się z jednej płyty. Muzycy zostali postawieni przed faktem dokonanym i choć nie wszystkim efekt przypadł do gustu, nie mieli odwagi się sprzeciwiać.

Jak świetny to mógł być album, gdyby został zrealizowany po myśli muzyków, można przekonać się dzięki nagraniom, które po latach wypłynęły na różnych wydawnictwach (część już w 1971 roku, pod tytułem "Mirror Man"). Problemem "Strictly Personal" jest brzmienie. Efekty dźwiękowe zamiast faktycznie dodawać utworom psychodelicznego efektu, powodują raczej wrażenie, jakby materiał był nagrywany na wyjątkowo kiepskim sprzęcie. Partie instrumentalne zlewają się ze sobą i brzmią po prostu beznadziejnie. Szkoda, bo same utwory są całkiem udane. W przeciwieństwie do debiutanckiego "Safe as Milk", materiał jest bardziej jednorodny stylistycznie, zorientowany na granie bluesowe. Raz bliższe korzennego grania w stylu Delty Missisipi (np. "Ah Feel Like Ahcid"), kiedy indziej bluesa chicagowskiego (np. "Gimme Dat Harp Boy"), a czasem stawiające na bluesrockowy czad i improwizację (np. ekspresyjny, pełen pasji "Trust Us" - najbardziej porywający fragment albumu). Często zresztą różne odmiany bluesa mieszają w obrębie jednego kawałka.

Z odpowiednią dla takiej muzyki produkcją, album mógłby naprawdę zachwycić. Bo nie można się tu przyczepić ani do samych kompozycji, ani ich wykonania - nie brakuje tu bowiem porywających partii instrumentalnych (zwłaszcza gitarowych i harmonijkowych), a wokal Kapitana jest wciąż tak samo charyzmatyczny i charakterystyczny, jak na debiucie. Jednak to koszmarne brzmienie odbiera przyjemność ze słuchania.

Ocena: 7/10



Captain Beefheart and his Magic Band - "Strictly Personal" (1968)

1. Ah Feel Like Ahcid; 2. Safe As Milk; 3. Trust Us; 4. Son of Mirror Man - Mere Man; 5. On Tomorrow; 6. Beatle Bones 'n' Smokin' Stones; 7. Gimme Dat Harp Boy; 8. Kandy Korn

Skład: Don Van Vliet (Captain Beefheart) - wokal i harmonijka; Alex St. Clair - gitara; Jeff Cotton - gitara; Jerry Handley - bass; John French - perkusja
Producent: Bob Krasnow


13 lutego 2018

[Recenzja] Soft Machine - "Bundles" (1975)



Przy okazji ósmego albumu muzycy Soft Machine zrezygnowali z tradycji tytułowania swoich wydawnictw kolejnymi cyframi. Jednak największa zmiana, jaka zaszła od czasu wydania "Seven", to poszerzenie składu o piątego muzyka, Allana Holdswortha - jednego z najlepszych jazzrockowych gitarzystów, wówczas jeszcze mało znanego (choć miał już na koncie m.in. udział w nagraniu solowego albumu Iana Carra z Nucleus, "Belladonna"). "Bundles" jest pierwszym albumem Soft Machine, na którym pojawia się gitara elektryczna. Pod względem stylistycznym stanowi on kontynuację kierunku obranego na dwóch poprzednich longplayach - czyli mainstreamowego fusion - lecz dodanie ostrych partii Holdswortha wprowadza zupełnie nową jakość, nadając muzyce zespołu bardziej rockowego charakteru.

Prawie całą stronę A winylowego wydania wypełnia cykl utworów o wspólnym tytule "Hazard Profile". Pierwsza i czwarta część to przede wszystkim porywające, mocno rockowe granie Allana (główny riff "Part One" pochodzi z kompozycji Karla Jenkinsa "Song for the Bearded Lady" z albumu "We'll Talk About It Later" Nucleus). Pomiędzy nimi znalazły się dwie miniaturki: klasycyzująca "Part Two (Toccatina)" i łagodna, lecz bardziej rockowa "Part Three". Na koniec czeka jeszcze "Part Five", w którym gitarowe riffowanie schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca syntezatorowej solówce. Na pierwszej stronie znalazło się jeszcze miejsce dla ładnej miniaturki "Gone Sailing", zagranej wyłącznie na gitarze akustycznej.

Na drugiej stronie proporcje pomiędzy elementami rockowymi i jazzowymi odwracają się na korzyść tych drugich. Choć i tutaj nie brakuje ostrych dźwięków gitary: w tytułowym "Bundles" i "Land of the Bag Snake" pełnią one pierwszoplanową rolę, a w "Peff" stanowią tło dla popisów Mike'a Rattledge'a. Ten ostatni utwór, oraz klimatyczny "The Man Who Waved at Trains", to jedyny kompozytorski wkład w ten album Rattledge'a, który coraz bardziej oddalał się od grupy. Pod większością utworów podpisany jest Jenkins, dwa dostarczył Holdsworth ("Gone Sailing" i "Land of the Bag Snake"), a perkusyjne solo "Four Gongs Two Drums" to oczywiście wkład Jamesa Marshalla - zresztą niepotrzebny, bo to najmniej ciekawy fragment całości. Zaraz potem rozbrzmiewa jednak przepiękny "The Floating World", w którym minimalistyczna elektronika stanowi podkład dla subtelnych partii fletu. Doskonały finał albumu.

"Bundles" to świetne odświeżenie stylu Soft Machine. Zespół całkowicie odszedł tutaj od awangardy, wkraczając jednocześnie do samej ekstraklasy mainstreamowego fusion. To zdecydowanie najbardziej udany album grupy z tych bardziej przystępnych i konwencjonalnych.

Ocena: 8/10



Soft Machine - "Bundles" (1975)

1. Hazard Profile Part One; 2. Hazard Profile Part Two (Toccatina); 3 Hazard Profile Part Three; 4. Hazard Profile Part Four; 5. Hazard Profile Part Five; 6. Gone Sailing; 7. Bundles; 8. Land of the Bag Snake; 9. The Man Who Waved at Trains; 10. Peff; 11. Four Gongs Two Drums; 12. The Floating World

Skład: Mike Ratledge - instr. klawiszowe; Karl Jenkins - instr. klawiszowe, obój, saksofon; Allan Holdsworth - gitara; Roy Babbington - bass; John Marshall - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ray Warleigh - flet (12)
Producent: Soft Machine


12 lutego 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Dark Magus" (1977)



Album "Dark Magus" - podobnie jak wcześniej "Black Beauty" i "Pangaea" - pierwotnie ukazał się wyłącznie w Japonii. W Stanach i Europie po raz pierwszy oficjalnie wydano ten materiał dopiero w 1997 roku. Dwie dekady wcześniej przedstawiciele Columbia Records stanowczo się temu sprzeciwiali, mając zapewne w pamięci komercyjne niepowodzenie kilku wcześniejszych wydawnictw Milesa Davisa. Zupełnie inaczej wyglądało to w Japonii, gdzie masowo kupowano wszystkie albumy wykonawców, którzy odwiedzili z koncertami Kraj Kwitnącej Wiśni.

"Dark Magus" to zapis występu w nowojorskiej Carnegie Hall, 30 marca 1974 roku. Nie sposób uniknąć porównań z zarejestrowanymi niemal rok później w Japonii albumami "Agharta" i "Pangaea". Bardzo podobny jest skład - na "Dark Magus" Davisowi towarzyszą gitarzyści Reggie Lucas i Pete Cosey, basista Michael Henderson, perkusista Al Foster, perkusjonalista James Mtume, oraz saksofonista Dave Liebman (a nie, jak później w Japonii, Sonny Forune). Ponadto, druga część występu była jednocześnie przesłuchaniem dwóch nowych kandydatów do zespołu: saksofonisty Azara Lawrence'a i gitarzysty Dominique'a Gaumonta. Lawrence już nigdy więcej z Davisem nie grał, za to Gaumont wziął później udział w nagraniu kilku utworów na "Get Up with It".

Podobny charakter ma także sama muzyka. "Dark Magus" to jedna wielka improwizacja, doskonale łącząca elementy fusion, funku i rocka psychodelicznego. Trwający sto minut materiał został podzielony na cztery około 25-minutowe utwory (po jednym na każdą stronę winylowego wydania), zatytułowane kolejnymi cyframi od jeden do cztery w afrykańskim języku swahili. W przeciwieństwie do japońskich występów, całość wydaje się nieco bardziej melodyjna, poukładana i przemyślana (co w żadnym wypadku nie jest zarzutem wobec "Agharty" i "Pangaei"). Każdy z czterech utworów sprawia wrażenie zamkniętej całości, składającej się z dwóch kontrastujących części: jednej intensywnej, drugiej nastawionej na budowanie klimatu. Muzycy rzadko sięgają po tematy znane ze studyjnych albumów - wyjątkiem jest druga połowa "Tatu", oparta na "Calypso Frelimo", oraz pierwsza część "Nne", zbudowana na motywach "Ife".

Wykonanie jest wprost niewiarygodne. Ależ oni tu napieprzają. W szybszych, bardziej ekspresyjnych momentach dominuje niesamowicie gęsta gra sekcji rytmicznej, wsparta rockowymi zagrywkami i solówkami gitarzystów w stylu Hendrixa, oraz porywającymi popisami Davisa i Liebmana, z dopełniającymi czasem brzmienie elektrycznymi organami. Z kolei w wolniejszych fragmentach muzycy tworzą naprawę niesamowity nastrój, przypominający kosmiczno-orientalne odloty co lepszych grup psychodelicznych; nie brakuje tu przepięknych solówek sekcji dętej i gitarzystów. Interakcja pomiędzy instrumentalistami jest fenomenalna. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że nie grają przećwiczonego wcześniej materiału - te utwory były tworzone na bieżąco podczas koncertu. Co więcej, Lawrence i Gaumont nigdy wcześniej nie grali ani ze sobą, ani z nikim z septetu. Obaj doskonale się tu jednak odnaleźli. Cały album jest genialnie wykonany, ale gdybym miał wskazać najlepszy moment, to bez wahania wybrałbym "Wili", w którym znalazły się najbardziej porywające i najpiękniejsze momenty, a jako całość najlepiej chyba pokazuje doskonałą współpracę muzyków.

Ze wszystkich genialnych koncertówek Milesa Davisa chyba właśnie "Dark Magus" robi na mnie największe wrażenie (chociaż "Pangaea" jest bardzo blisko). Fantastyczne, pełne pomysłów wykonanie przez całe sto minut przyciąga uwagę, nie dając ani chwili wytchnienia. Warto też wspomnieć o rewelacyjnym brzmieniu, nie pozbawionym brudu i ciężaru, ale zarazem bardzo czytelnym, z doskonale słyszalnymi wszystkimi instrumentami. "Dark Magus" to album, z którym każdy powinien się zapoznać. Także ci, których odstrasza słowo "jazz". Zwłaszcza, że zawarta tutaj muzyka znacznie odbiega od tego, z czym zapewne kojarzą to słowo.

Ocena: 10/10



Miles Davis - "Dark Magus" (1977)

LP1: 1. Moja; 2. Wili
LP2: 1. Tatu; 2. Nne

Skład: Miles Davis - trąbka, organy; Dave Liebman - saksofon; Reggie Lucas - gitara; Pete Cosey - gitara; Michael Henderson - bass; Al Foster - perkusja; James Mtume - instr. perkusyjne
Gościnnie: Azar Lawrence - saksofon (LP2); Dominique Gaumont - gitara (LP2)
Producent: Teo Macero


9 lutego 2018

[Recenzja] Jack DeJohnette - "Sorcery" (1974)



Jack DeJohnette to jeden z czołowych perkusistów muzyki fusion. Znany przede wszystkim z współpracy z Milesem Davisem (grał podczas większości jego sesji i koncertów w latach 1969-72), występował także z wieloma innymi słynnymi jazzmanami. Posiada też bogaty dorobek solowy. Album "Sorcery" nie należy może do jego najwybitniejszych osiągnięć, lecz wciąż jest to bardzo interesujący longplay. Już sam skład przyspiesza bicie serca: Dave Holland na basie, John Abercrombie na gitarze i Bennie Maupin na klarnecie basowym. Ponadto w nagraniach wzięli udział gitarzysta Mick Goodrick i puzonista Michael Fellerman. Album powstał podczas dwóch sesji: strona A zawiera nagrania z marca 1974 roku, a strona B z maja tego samego roku (na drugiej z nich grali tylko DeJohnette, Holland i Fellerman).

"Sorcery" rozpoczyna się od trzynastominutowego utworu tytułowego, będącego doskonałym połączeniem fusion i spiritual jazzu, momentami zahaczając nawet o granie free. Nieziemski klimat budowany jest przez hipnotyzującą linię basu, oraz długie solówki Abercrombiego i Maupina. Oczywiście, towarzyszy temu fantastyczna gra DeJohnette'a. Gdyby cały album był utrzymany w takim stylu i równie porywająco wykonany, byłby to bez wątpienia poziom największych dokonań Pharoaha Sandersa czy Alice Coltrane. Niestety, każdy z pozostałych utworów utrzymany jest w innym stylu, a z ich poziomem bywa różnie. Fajnie wypada bardzo energetyczny i melodyjny "The Rock Thing" - zgodnie z tytułem, bardziej rockowy, niż jazzowy, choć oprócz wyrazistej gry sekcji rytmicznej i ostrych partii gitarowych Goodricka, istotną rolę odgrywają solówki Maupina. Dość interesujący jest freejazzowy "The Reverend King Suite", będący rozwinięciem kompozycji "Reverend King" Johna Coltrane'a, w którym DeJohnette występuje także w roli klawiszowca i saksofonisty. Natomiast finałowy "Epilog" to po prostu zgrabny, melodyjny kawałek, ze świetną grą sekcji rytmicznej. Gorsze wrażenie sprawia żartobliwy "Four Levels of Joy", rażący banalną melodią. Kompletną pomyłką jest natomiast "The Right Time" z okropnymi wokalami a capella.

"Sorcery" to strasznie niespójny album, na którym nic się ze sobą nie klei, mający zarówno genialne, jak i beznadziejne momenty. Jednak sama tytułowa kompozycja podnosi znacząco poziom całości i choćby dla tego jednego fragmentu warto zapoznać się tym wydawnictwem. Warto dodać, że współpraca DeJohnette'a, Hollanda i Abercrombiego układała się tak dobrze, że wkrótce potem założyli trio Gateway i wydali pod tym szyldem kilka bardzo cenionych albumów.

Ocena: 7/10



Jack DeJohnette - "Sorcery" (1974)

1. Sorcery, No. 1; 2. The Right Time; 3. The Rock Thing; 4. The Reverend King Suite; 5. Four Levels of Joy; 6. Epilog

Skład: Jack DeJohnette - perkusja, instr. klawiszowe (4-6), saksofon (4); Dave Holland - kontrabas, bass; Michael Fellerman - metafon (1,3,4), puzon (4); Bennie Maupin - klarnet basowy (1,3); John Abercrombie - gitara (1); Mick Goodrick - gitara (3)
Producent: Jack DeJohnette


8 lutego 2018

[Recenzja] Killing Floor - "Out of Uranus" (1970)



W 1971 roku Rory Gallagher zatrudnił do swojego zespołu dwóch nowych muzyków - pianistę Lou Martina i perkusistę Roda de'Atha - przyczyniając się tym samym do rozpadu grupy Killing Floor, w której obaj występowali. Zespół, nazwany tak prawdopodobnie od utworu Howlin' Wolfa, powstał w 1968 roku w Londynie i w ciągu swojej krótkiej działalności zdążył wydać dwa albumy studyjne (Martin wystąpił na obu z nich, de'Ath dołączył już po ich zarejestrowaniu). Debiutancki "Killing Floor" z 1969 roku to nieco spóźniona odpowiedź na brytyjski blues. W roku, w którym debiutował Led Zeppelin, już nie sposób było przebić się z takim materiałem. Rozumieli to główni przedstawiciele nurtu, którzy postanowili iść w innym kierunku: John Mayall przerzucił się na granie akustyczne o jazzowym zabarwieniu ("The Turning Point"), Eric Clapton stworzył eklektyczny Blind Faith, a Peter Green ze swoim Fleetwood Mac nagrał w dużej mierze folkowy, zaś momentami niemal hardrockowy "Then Play On". Zrozumieli to też muzycy Killing Floor, którzy na swoim drugim longplayu, "Out of Uranus", zaproponowali znacznie bardziej zróżnicowany materiał.

Bluesowe korzenie grupy wciąż wyraźnie słychać w takich utworach, jak "Where Nobody Ever Goes" czy "Milkman". Ale już taki "Lost Alone" to całkiem oryginalne połączenie bluesa, rock and rolla i jazzu. W rozpędzonym, ciężkim rock and rollu "Sun Keeps Shining" również pojawia się przejście o jazzującym charakterze, przypominające eksperymenty Ten Years After. Zespół czerpie także inspiracje z nowszych nurtów: hard rocka (m.in. utwór tytułowy, "Acid Bean") i rocka psychodelicznego (stonowany "Soon There Will Be Everything", wzbogacony partiami skrzypiec i melotronu). Świetną symbiozą hardrockowego ciężaru i kwaśnej atmosfery psychodelii jest "Son of Wet" (trochę zepsuty nic nie wnoszącą solówką perkusyjną). Znalazł się tu nawet proto-punkowy "Call for the Politicians", choć to akurat najsłabszy fragment wydawnictwa... Na całym albumie zwraca uwagę świetna gra sekcji rytmicznej (szczególnie basisty, którego partie zostały fantastycznie uwypuklone w miksie), ciekawie urozmaicająca utwory. Sporo tu także fajnej harmonijki, podkreślającej bardziej bluesowe momenty. Przeciętnie wypada natomiast wokal i gitara, a klawisze - poza jednym utworem - są praktycznie nieobecne. Zaś same kompozycje, choć słucha się ich przyjemnie, niestety nie zapadają w pamięć.

"Out of Uranus" jest typowym dzieckiem swoich czasów - eklektycznym albumem czerpiącym z tego, co najlepsze w ówczesnym rocku. Z dobrym, ale zdecydowanie nie porywającym efektem. Longplay zainteresuje raczej tylko największych miłośników takiej muzyki.

Ocena: 7/10



Killing Floor - "Out of Uranus" (1970)

1. Out of Uranus; 2. Soon There Will Be Everything; 3. Acid Bean; 4. Where Nobody Ever Goes; 5. Sun Keeps Shining; 6. Call for the Politicians; 6. Fido Castrol; 7. Lost Alone; 8. Son of Wet; 9. Milkman

Skład: Bill Thorndycraft - wokal, harmonijka; Mike Clarke - gitara; Stuart Macdonald - bass, dodatkowy wokal; Bazz Smith - perkusja; Lou Martin - instr. klawiszowe
Gościnnie: Paul Spencer Mac - skrzypce (2)
Producent: John Edward