29 sierpnia 2016

[Recenzja] Mercyful Fate - "Don't Break the Oath" (1984)



"Don't Break the Oath" to album, na którym muzycy Mercyful Fate doprowadzili swój styl do perfekcji. Instrumentaliści wspaniale rozwinęli wszystkie swoje patenty, kompozycje są o wiele bardziej dojrzałe, zaś aranżacje bardziej pomysłowe. Już na otwarcie pojawia się fantastyczny "A Dangerous Meeting". Rozpędzony kawałek z intensywnym riffowaniem i porywającymi solówkami duetu Shermann/Denner. Muzycy sporo kombinują tutaj z dynamiką, a najbardziej genialne jest nagłe zwolnienie w końcówce z riffem w stylu Black Sabbath i podkreślającymi klimat odgłosami dzwonów. Nawet wokal Kinga Diamonda w tym utworze nie irytuje mnie tak bardzo, jak na poprzednim albumie, mimo że stosuje te same sposoby ekspresji.

"Don't Break the Oath" zawiera więcej takich wzorowych heavymetalowych czadów. Przede wszystkim muszę tu wspomnieć o przebojowych "Gypsy" i "Come to the Sabbath", w których jest sporo naprawdę fajnego riffowania i solówek granych unisono. Na wyróżnienie zasługuje także "Desecration of Souls", w którym Diamond wyjątkowo mało śpiewa falsetem, co przynajmniej dla mnie jest sporą zaletą; dodatkowo pojawia się tu świetna solówka, podczas której muzycy nieco zwalniają tempo. Hardrockowy "Welcome Princes of Hell", z prostszymi riffami, za to z bardziej wyrafinowaną partią basu (uwypukloną w miksie), także wypada bardzo dobrze. Największe wrażenie robi jednak "The Oath" - najbardziej rozbudowany utwór, w którym świetny klimat tworzą brzmienia klawiszowe, ale i nie brakuje jak zwykle udanych udanych popisów gitarowych (i basowych). Niestety, na albumie znalazły się też utwory, które robią na mnie trochę gorsze wrażenie, czyli "Nightmare" i "Night of the Unborn". Pod względem instrumentalnym nie mogę im nic zarzucić (znów świetną robotę odwala basista i gitarzyści, a pierwszy z tych utworów jest ciekawie urozmaicony klawiszami podczas fantastycznej, bardzo ironowej solówki), ale partie wokalne są zbyt wysokie. Tak jak we wcześniej wymienionych kompozycjach wokal Diamonda jest dla mnie wyjątkowo znośny, tak w tych dwóch kawałkach strasznie mnie męczy. Całości dopełnia balladowa miniaturka "To One Far Away", która mogła być zalążkiem kolejnego świetnego utworu, ale w takiej formie pozostawia spory niedosyt.

"Don't Break the Oath" to naprawdę bardzo dobry (a pod względem instrumentalnym - doskonały) album heavymetalowy. dzięki któremu Mercyful Fate na stałe zapisał się w ścisłym kanonie tego stylu, obok takich tuzów jak Iron Maiden czy Judas Priest. Niestety, grupa rozpadła się wkrótce po wydaniu tego longplaya z powodu różnic artystycznych (Shermann chciał grać bardziej komercyjnie, na co nie zgodzili się Diamond, Denner i Hansen, którzy w rezultacie założyli nowy zespół, nazwany... King Diamond). Choć zespół reaktywował się po niespełna dekadzie (i wydał w latach 1993-99 pięć kolejnych albumów studyjnych), już nigdy nie nagrał dzieła na miarę "Don't Break the Oath".

Ocena: 8/10



Mercyful Fate - "Don't Break the Oath" (1984)

1. A Dangerous Meeting; 2. Nightmare; 3. Desecration of Souls; 4. Night of the Unborn; 5. The Oath; 6. Gypsy; 7. Welcome Princes of Hell; 8. To One Far Away; 9. Come to the Sabbath

Skład: King Diamond - wokal, instr. klawiszowe; Hank Shermann - gitara; Michael Denner - gitara; Timi "Grabber" Hansen - bass; Kim Ruzz - perkusja
Producent: Henrik Lund


26 sierpnia 2016

[Recenzja] Kvartetten Som Sprängde ‎- "Kattvals" (1973)



Tydzień temu opublikowałem recenzję "The End of the Game" Petera Greena, dziś zaś postanowiłem zaprezentować inny instrumentalny album z dzikim kotem na okładce. "Kattvals" to jedyny longplay szwedzkiej grupy Kvartetten Som Sprängde. Nazwę tę, w wolnym tłumaczeniu, można przełożyć na "wybuchowy kwartet". Paradoksalnie, w chwili nagrywania tego materiału zespół był triem, gdyż jakiś czas wcześniej, z powodu różnic artystycznych, ze składu odeszła wokalistka Margareta Söderberg. Pozostali muzycy postanowili zachować nazwę, uznając, że tak będzie zabawnie. Zespół bywa porównywany z The Doors, z powodu linii basu granych przez klawiszowca, gdyż w składzie nie było basisty. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Stylistycznie jest to zupełnie inna muzyka. Twórczość Szwedów można określić jako rock progresywny z elementami psychodelii i jazzu. Utwory grupy mają dość luźny, jamowy charakter.

Rozpoczynający całość "Andesamba", za sprawą charakterystycznych gitarowych solówek i bogatego użycia perkusjonaliów, przywodzi na myśl twórczość grupy Santana - przynajmniej do czasu pojawienia się podniosłej partii organów, której nie sposób nie skojarzyć z "A Whiter Shade of Pale" Procol Harum. To jednak jedyny utwór, w którym muzycy tak wyraźnie zdradzają inspirację innymi rockowymi wykonawcami. Na ogół czerpią raczej z tradycyjnej muzyki skandynawskiej. Takim klimatem przepełnione są dwie kolejne kompozycje. Gitarzysta Finn Sjöberg i klawiszowiec Fred Hellman, z perkusyjnym akompaniamentem Rune'a Carlssona, "malują" w nich za pomocą swoich instrumentów przepiękne muzyczne pejzaże. "På En Sten" wyróżnia się ślicznym wstępem, w którym cudowanie przeplatają się partie gitary i fletu, gitarowo-organową częścią środkową, oraz pojawiającą się pod koniec jazzującą solówką na pianinie. Jeszcze wspanialej wypada "Gånglåt Från Valhallavägen" z przepięknym motywem przewodnim, będącym punktem wyjścia do dłuższych improwizacji Sjöberga i Hellmana. Utwór trwa prawie dziewięć minut, ale jest tak hipnotyzujący (klimat przypomina "Careful with That Axe, Eugene" Pink Floyd), że w ogóle nie odczuwam tej długości. Niesamowita kompozycja, jeden z najwspanialszych znanych mi instrumentali.

Drugą stronę rozpoczyna tytułowy "Kattvals" - ciężka, jazzrockowa improwizacja, z bardzo gęstym rytmem i praktycznie bez śladów melodii. Jego kompletnym przeciwieństwem jest kolejny utwór, "The Sudden Grace", wyróżniający się na tle całego albumu bardziej konwencjonalnym, niemalże piosenkowym charakterem. Ciekawie przeplatają się tutaj partie dwóch gitar i klawiszy, grających bardzo chwytliwy temat, rozwijany oczywiście w solowe popisy. "Vågspel" to powrót do tego charakterystycznego dla grupy, "malowniczego", klimatycznego grania. Tym razem jednak jest to całkowicie solowy popis Hellmana, który wydobywa ze swoich organów Hammonda przepiękne dźwięki. Utwór płynnie przechodzi w energetyczny "Ölandsshuffle" - pogodny utwór z psychodelicznymi organami i zadziornymi zagrywkami na gitarze. Ogólnie jest to zatem bardzo zróżnicowany album, z ciekawymi aranżacjami i bardzo dobrą, zintegrowaną grą muzyków. Gorąco polecam wszystkim wielbicielom progresywnego / jamowego grania. A choć osobiście nie przepadam za albumami w całości instrumentalnymi, "Kattvals" jest jednym z kilku wyjątków.

Pozostaje tylko żałować, że Kvartetten Som Sprängde przestał istnieć wkrótce po wydaniu tego albumu. Choć warto dodać, że wszyscy muzycy grupy w 1973 roku wzięli udział w nagrywaniu albumu "Valhall" folkowego wokalisty Bernta Stafa - pod względem stylistycznym była to już jednak zupełnie inna muzyka, zdecydowanie mniej interesująca. Później drogi muzyków się rozeszły. Rune Carlsson wrócił do pracy muzyka sesyjnego (już wcześniej współpracował m.in. z Krzysztofem Komedą i Bo Hanssonem). W jego ślady postanowił pójść Finn Sjöberg (także wystąpił na kilku albumach Hanssona, wspierał też w studiu... ABBĘ), który ponadto w 1978 roku zadebiutował jako solista albumem "Finn". Fred Hellman wycofał się natomiast z muzycznego biznesu.

Ocena: 8/10



Kvartetten Som Sprängde ‎- "Kattvals" (1973)

1. Andesamba; 2. På En Sten; 3. Gånglåt Från Valhallavägen; 4. Kattvals; 5. The Sudden Grace; 6. Vågspel; 7. Ölandsshuffle

Skład: Finn Sjöberg - gitara, flet; Fred Hellman - instr. klawiszowe; Rune Carlsson - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Anders Burman


25 sierpnia 2016

[Recenzja] Blues Pills - "Lady in Gold" (2016)



Blues Pills, jedna z największych nadziei muzyki rockowej ostatnich lat, powraca z drugim albumem studyjnym. Choć od wydania debiutu, zatytułowanego po prostu "Blues Pills", minęły zaledwie dwa lata, zespół zdążył zmienić skład (perkusistę Cory'ego Berry'ego zastąpił André Kvarnström) i przejść zaskakującą metamorfozę stylistyczną. Dominująca na debiucie inspiracja blues rockiem ustąpiła miejsca wpływom... soulowym. Zdecydowanie większą rolę zaczęły odgrywać brzmienia klawiszowe - na poprzednim albumie występujące w śladowych ilościach, tutaj zaś wysunięte często na pierwszy plan i zachwycające swoim bogactwem (oprócz popularnych w muzyce rockowej organów i pianina, pojawia się też rzadziej, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, stosowany melotron). Odbyło się to kosztem partii gitarowych - Dorian Sorriaux niemal nie gra tu żadnych solówek (a przecież jego popisy są jednym z największych atutów debiutu). Zupełną nowością są natomiast chórki, podkreślające soulowy charakter albumu. Zresztą głos Elin Larsson też nabrał bardziej soulowej barwy.

Najbardziej radykalnym przykładem tych zmian jest ballada "I Felt a Change", oparta wyłącznie na akompaniamencie klawiszy. Dzięki temu dość ascetycznemu podkładowi można w pełni docenić wokalny talent Larsson. Ogólnie jest to całkiem ciekawy eksperyment. Innym zaskakującym utworem jest "Bad Talkers", w którym największą rolę odgrywa chórek. Kompozycyjnie nie jest to jednak zbyt udany kawałek, bodajże najsłabszy na albumie. Na szczęście nie zabrakło tu bardziej rockowego grania. Bardzo chwytliwy utwór tytułowy, "Won't Got Back" albo "Rejection", mimo sporej roli klawiszy i soulowych chórków, mają w sobie też sporo rockowego czadu, dzięki energetycznej grze sekcji rytmicznej, ciężkim - choć schowanym w miksie - partiom gitary, oraz ekspresyjnym wokalom Elin. Z kolei w "Burned Out" i "You Gotta Try" w końcu większą rolę odgrywa Sorriaux, prezentujący bluesowe zagrywki, świetnie uzupełniane organowym tłem. Te dwa utwory najbliższe są poprzedniego albumu, mimo zdecydowanie bogatszego brzmienia. Gitarzysta pole do popisu ma także w początkowo balladowym, ale stopniowo zaostrzającym się "Gone So Long", w którym gra krótką, ale całkiem zgrabną solówkę. Zadziornie i intensywnie brzmi także finałowy "Elements and Things", oryginalnie nagrany w 1969 roku przez dziś już zapomnianego amerykańskiego muzyka Tony'ego Joe'ego White'a.

Cieszy, że muzycy Blues Pills nie chcą stać w miejscu, tylko rozwijają swój styl - i to w dość zaskakującym i nietypowym, ale bardzo interesującym kierunku. "Lady in Gold" jest na pewno albumem bardziej dojrzałym od swojego poprzednika, choć pod względem kompozytorskim prezentują podobny poziom (utwory są zgrabne, całkiem chwytliwe, lecz do rockowych klasyków im daleko). Obawiam się tylko, że przez ten stylistyczny zwrot grupa może stracić więcej dotychczasowych fanów, niż zyskać nowych.  Mnie jednak przekonali swoim nowym materiałem.

Ocena: 8/10



Blues Pills - "Lady in Gold" (2016)

1. Lady in Gold; 2. Little Boy Preacher; 3. Burned Out; 4. I Felt a Change; 5. Gone So Long; 6. Bad Talkers; 7. You Gotta Try; 8. Won't Go Back; 9. Rejection; 10. Elements and Things

Skład: Elin Larsson - wokal; Dorian Sorriaux - gitara; Zack Anderson - bass; André Kvarnström - perkusja
Gościnnie: Rickard Nygren - organy; Per Larsson - pianino; Tobias Winterkorn - melotron; Don Alsterberg - ksylofon; Carl Lindvall, Ellinor Svensson, Sofie Lee Johansson - dodatkowy wokal
Producent: Don Alsterberg


24 sierpnia 2016

[Recenzja] BBM - "Around the Next Dream" (1994)



Ćwierć wieku po rozpadzie Cream, doszło do ponownej współpracy dwóch członków tej grupy - Jacka Bruce'a i Gingera Bakera. Składu dopełnił Gary Moore, niejako zajmując miejsce Erica Claptona. Do powstania tego nowego tria - nazwanego BBM od pierwszych liter nazwisk muzyków -doszło przypadkiem. "Around the Next Dream" miał być po prostu kolejnym solowym albumem Moore'a, jednak już na etapie komponowania w projekt mocno zaangażował się Bruce. On także wpadł na pomysł zatrudnienia Bakera, gdy okazało się, że ówczesny perkusista Moore'a ma inne zobowiązania w czasie sesji nagraniowej. Co prawda Ginger, delikatnie mówiąc, nigdy nie przepadał za Jackiem, ale też od dawna nie nagrał niczego dochodowego, a za udział w tej sesji zaproponowano mu pokaźną sumę... Co ciekawe, jeśli wierzyć słowom perkusisty, dopiero po zarejestrowaniu swoich partii dowiedział się, że w projekt zaangażowany jest także Gary.

Ponieważ "Around the Next Dream" początkowo miał być solowym longplayem Moore'a, nie powinno dziwić, że część utworów utrzymana jest w stylu znanym z albumów "Still Got the Blues" i "After Hours". Dotyczy to zarówno dwóch coverów - "High Cost of Loving" i "I Wonder Why (Are You So Mean to Me?)" Alberta Kinga - jak i premierowych kompozycji, na czele ze śpiewanymi przez Gary'ego "Can't Fool the Blues" i "Naked Flame". Oba zresztą należą do najciekawszych momentów albumu. Ten pierwszy to dynamiczny bluesrockowy kawałek, oparty na zadziornym riffie i zwieńczony długim, fantastycznym solem gitarowym; drugi jest natomiast przepiękną bluesową balladą o wspaniałej melodii oraz rewelacyjnych partiach gitary i organów. Na następcy "After Hours" mogłyby znaleźć się także "Why Does Love (Have to Go Wrong?)" i ballada "Wrong Side of Time", choć ten pierwszy to utwór wyjątkowo rozbudowany jak na twórczość Moore'a, wyróżniający się niemal progrockową budową.

Z drugiej strony, nie zabrakło tutaj utworów, które przywołują skojarzenia z dokonaniami Cream. Energetyczny "Waiting in the Wings" - mój kolejny faworyt z tego albumu - brzmi jak skrzyżowanie "Tales of Brave Ulysses" i "White Room". Porywające solówki Moore'a, przetworzone efektem wah-wah, wyraźnie inspirowane są grą Erica Claptona z czasów supertria. Identyczne skojarzenia budzą solówki z niemniej energetycznego i przebojowego "City of Gold". Z kolei "Glory Days" trudno nie skojarzyć z "Those Were the Days" - przewodni motyw jest niemal identyczny. Do albumu "Wheels of Fire", a konkretnie utworu "As You Said", zdaje się nawiązywać "Where in the World", także oparty na gitarze akustycznej i wiolonczeli. Choć to akurat najsłabszy fragment całości, zdecydowanie zbyt przesłodzony. Największym minusem "Around the Next Dream" jest jednak powierzenie w połowie utworów roli głównego wokalisty Jackowi Bruce'owi. Muzyk nigdy nie był specjalnie uzdolniony pod względem wokalnym, ale w czasach Cream dawał radę. Niestety, wiek i problemy zdrowotne zrobiły swoje, i w efekcie dość smutno słucha się jego zniszczonego głosu.

Ogólnie jednak "Around the Next Dream" prezentuje całkiem solidny poziom, jak przystało na album nagrany przez tak uznanych muzyków. Bruce i Baker, kiedyś najlepsza sekcja rytmiczna świata, przypomniała o swoim talencie, zaś Moore potwierdził, że w oddawaniu hołdu muzyce bluesowej niewielu może się z nim równać. Album zawiera kilka naprawdę zgrabnych kompozycji, a liczne nawiązania do Cream są bardzo przyjemnym smaczkiem. Niestety, longplay okazał się jedynym wydawnictwem BBM. Trio rozpadło się po zagraniu ledwie kilkunastu koncertów - słabym ogniwem okazał się Baker, który nie mógł znieść "gwiazdorzenia" Moore'a i jego maksymalnie rozkręconego wzmacniacza. Dobrze, że muzycy nagrali razem chociaż ten jeden album.

Ocena: 8/10



BBM - "Around the Next Dream" (1994)

1. Waiting in the Wings; 2. City of Gold; 3. Where in the World; 4. Can’t Fool the Blues; 5. High Cost of Loving; 6. Glory Days; 7. Why Does Love (Have to Go Wrong?); 8. Naked Flame; 9. I Wonder Why (Are You So Mean to Me?); 10. Wrong Side of Town

Skład: Jack Bruce - wokal (1,2,5-7), bass, wiolonczela (3); Gary Moore - wokal (3,4,6,8-10). gitara, instr. klawiszowe; Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: Tommy Eyre - instr. klawiszowe; Arran Ahmun - perkusja (3); Morris Murphy - trąbka (6)
Producent: Ian Taylor, Jack Bruce, Ginger Baker i Gary Moore


22 sierpnia 2016

[Recenzja] Mercyful Fate - "Melissa" (1983)



Na początek nowego cyklu recenzji, o wszystko mówiącej nazwie Ciężkie Poniedziałki, wybrałem jeden z najbardziej kultowych i inspirujących zespołów heavymetalowych, a zarazem główny muzyczny towar eksportowy Danii. Mercyful Fate to nazwa, z którą zetknął się chyba każdy wielbiciel ciężkiego grania (chociażby dzięki Metallice i utworowi "Mercyful Fate", będącym zlepkiem kilku kompozycji tej grupy). Dwa pierwsze albumy Duńczyków, wydane na początku lat 80., były swoistą odpowiedzią na Nową Falę Brytyjskiego Heavy Metalu. Podobnie jak przedstawiciele tego nurtu, muzycy Mercyful Fate stworzyli swój styl w oparciu o klasykę ciężkiego grania z poprzedniej dekady, z naciskiem na Judas Priest i Black Sabbath. Połączenie ciężaru, przeważnie szybkich temp, posępnego klimatu i okultystyczno-satanistycznej tematyki tekstów w znacznym stopniu przyczyniło się - niestety! - do powstania black metalu.

"Melissa", debiutancki longplay Duńczyków, zdominowany jest przez typowo heavymetalowe kawałki w szybkim tempie, na swój sposób całkiem chwytliwe ("Evil", "Curse of Pharaohs", "Into the Coven", "Black Funeral"). Ale nie brakuje tutaj różnorodności. W "At the Sound of the Demon Bell" muzycy momentami grają w lżejszy, bardziej hardrockowy sposób. Z kolei w rozbudowanym, jedenastominutowym "Satan's Fall" wyraźnie ujawniają się wpływy progrockowe. Największym zaskoczeniem przy pierwszym przesłuchaniu może być jednak utwór tytułowy - będącym niemalże klasyczną rockową balladą z obowiązkowymi zaostrzeniami i długimi solówkami. Gitarowy duet, składający się z Hanka Shermanna i Michaela Dennera, błyszczy zresztą także we wszystkich pozostałych utworach świetnymi solówkami i riffami, doskonale ze sobą współpracując. Sekcja rytmiczna też spisuje się rewelacyjnie. Pod względem muzycznym nie ma do czego się przyczepić. Niestety, zdecydowanie gorzej wypada warstwa wokalna. Kim Bendix Petersen, lepiej znany pod pseudonimem King Diamond, to najsłabsze ogniwo grupy. Nie można odmówić mu szerokiej skali głosu, ale niestety preferuje on irytująco wysokie wrzaski i piski, brzmiące jakby właśnie został wykastrowany, lub śpiew o płaczliwej manierze. W rezultacie słuchanie tego albumu jest dla mnie bardzo męczącym doświadczeniem, mimo bardzo dobrej warstwy muzycznej.

"Melissa" pod względem instrumentalnym jest jednym z najlepszych albumów heavymetalowych lat 80. Z dobrym wokalistą, śpiewającym w stylu Ronniego Jamesa Dio czy Bruce'a Dickinsona, byłby to materiał zasługujący na ocenę w granicach 8-9. Niestety, wyjątkowo irytujący wokal Petersena znacząco obniża ogólny odbiór całości. Szkoda, naprawdę szkoda zmarnowania tak dobrych kompozycji. 

Ocena: 6/10



Mercyful Fate - "Melissa" (1983)

1. Evil; 2. Curse of the Pharaohs; 3. Into the Coven; 4. At the Sound of the Demon Bell; 5. Black Funeral; 6. Satan's Fall; 7. Melissa

Skład: King Diamond - wokal; Hank Shermann - gitara; Michael Denner - gitara; Timi "Grabber" Hansen - bass; Kim Ruzz - perkusja
Producent: Henrik Lund


20 sierpnia 2016

[Recenzja] Ten Years After - "Recorded Live" (1973)



"Recorded Live" to drugi koncertowy album Ten Years After. Muzycy wydali go w odpowiedzi na wysyp nieoficjalnych rejestracji ich występów. W zamyśle miał to być "oficjalny bootleg" (takie określenie pojawia się na okładce) i dlatego też nie dokonywano tu żadnych studyjnych dogrywek czy innych poprawek, a tracklista odzwierciedla występy grupy ze stycznia 1973 roku, podczas trasy promującej album "Rock & Roll Music to the World". Choć trzeba dodać, że jest to kompilacja czterech występów, jakie zespół dał przez cztery wieczory pod rząd w Frankfurcie, Rotterdamie, Amsterdamie i Paryżu. Do nagrań użyto słynnego mobilnego studia Rolling Stonesów, dlatego jakość brzmienia jest wyśmienita, bynajmniej nie bootlegowa.

Na żywo zespół wypadał nieporównywalnie lepiej niż w studiu, gdzie muzycy nie potrafili w pełni odtworzyć koncertowej energii. Udowadnia to już pierwsza strona koncertówki, z porywającymi wersjami "One of These Days", "You Give Me Loving" i "Good Morning Little Schoolgirl". Muzycy grają jak natchnieni, doskonale ze sobą współpracując, ale nie unikając solowych popisów. Szczególnie słychać to w instrumentalnej części "Good Morning...", podczas której Alvin Lee i Leo Lyons jednocześnie grają porywające solówki, bez wsparcia pozostałych muzyków, a następnie wraz z nimi wdają się w ekscytującą improwizację. Wersje studyjne pozostają daleko w tyle. A jeszcze więcej zyskały tu utwory z debiutu. Magicznie wypada blues "Help Me" z rewelacyjnie rosnącym napięciem i rozbudowaną, przejmującą solówką Alvina. Z kolei 16-minutowe wykonanie "I Can't Keep from Cryin' Sometimes" to najwspanialszy przykład koncertowej improwizacji. Rozbudowana część instrumentalna (częściowo wydzielona jako osobny utwór, "Extension on One Chord") zachwyca perfekcyjną interakcją muzyków, ciekawymi zmianami nastroju i ogólną pomysłowością (świetne wplecenie riffu "Sunshine of Your Love"). Na pierwszy plan znów wysuwają się rewelacyjne, rozbudowane solówki Alvina, od pewnego momentu grane na rozstrojonej gitarze, która nabiera dzięki temu miażdżącego ciężaru. Świetną robotę wykonuje tutaj także Chick Churchill i sekcja rytmiczna.

ALe nawet te słabsze pod względem kompozytorskim utwory, czyli rockandrollowe "I'm Going Home" i "Choo Choo Mama", na żywo wypadają całkiem dobrze. Pierwszy z nich został tradycyjnie znacznie rozbudowany. Tutejsza wersja spokojnie może konkurować ze słynnym wykonaniem na Woodstock Festival; Alvin wciąż gra z niesamowitą - zwłaszcza jak na tamte czasy - szybkością. Repertuaru dopełniają utwory niepowtarzające się z żadnym studyjnym albumem. Choć w przypadku "Classical Thing", "Scat Thing" i "Silly Thing" określenie "utwory" są sporym nadużyciem - to tylko krótkie przerywniki, niewiele wnoszące do całości. Z kolei "Hobbit" to "obowiązkowa" solówka perkusyjna (rozpoczęta i zakończona motywem granym przez cały zespół - jak w "Toad" Cream czy "Moby Dick" Led Zeppelin). Nie jestem ich zwolennikiem, ale muszę przyznać, że Ric Lee całkiem nieźle tłucze w bębny. Prawdziwą perłą jest natomiast "Slow Blues in 'C'", o którym (prawie) wszystko mówi tytuł. To pełnoprawny utwór, z partią wokalną i kolejnymi świetnymi popisami instrumentalnymi. Ciężko zrozumieć dlaczego tak dobry utwór nie został umieszczony na żadnym albumie studyjnym, podczas gdy trafiały na nie znacznie słabsze kawałki. Szczerze jednak mówiąc, nie sądzę, żeby w wersji studyjnej wypadł równie dobrze. Ciężko byłoby odtworzyć ten koncertowy autentyzm i spontaniczność.

Kiedy kilka lat temu po raz pierwszy dokładniej zagłębiłem się w dyskografię Ten Years After, przeoczyłem ten album. Odkryłem go dopiero kilka tygodni temu i już przy pierwszym przesłuchaniu stał się jedną z moich ulubionych koncertówek - bez wątpienia znalazłby się w pierwszej dziesiątce listy, może i pierwszej piątce. Obok takich słynnych pozycji, jak "At Fillmore East", "Made in Japan", czy "Live at Leeds".

Ocena: 9/10



Ten Years After - "Recorded Live" (1973)

LP1: 1. One of These Days; 2. You Give Me Loving; 3. Good Morning Little Schoolgirl; 4. Hobbit; 5. Help Me
LP2: 1. Classical Thing; 2. Scat Thing; 3. I Can't Keep from Cryin' Sometimes (Part 1); 4. Extension on One Chord; 5. I Can't Keep from Cryin' Sometimes (Part 2); 6. Silly Thing; 7. Slow Blues in 'C'; 8. I'm Going Home; 9. Choo Choo Mama

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara, harmonijka; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ten Years After


19 sierpnia 2016

[Recenzja] Peter Green - "The End of the Game" (1970)



"The End of the Game", solowy debiut Petera Greena, ukazał się zaledwie kilka miesięcy po jego odejściu z Fleetwood Mac. Zawarty na nim materiał znacznie jednak odstaje od tego, co muzyk tworzył z tamtą grupą, czy wcześniej z Johnem Mayallem i Bluesbreakers. To w całości instrumentalny album, daleki od bluesa. Właściwie są to fragmenty całonocnego jamu, jaki Peter Green (ponoć pod wpływem różnych substancji) odbył z kilkoma innymi muzykami - basistą Alexem Dmochowskim (ex-The Aynsley Dunbar Retaliation), perkusistą Godfreyem Macleanem, klawiszowcem Nickiem Buckiem i pianistą George'em "Zoot" Moneyem. Całość ma bardzo swobodny charakter, bez żadnych struktur i schematów, w większości utworów wręcz freejazzowy.

"The End of the Game" to trudny w odbiorze i trudny do zrecenzowania materiał. Najłatwiejsza w odbiorze jest miniaturka "Timeless Time", z delikatną gitarą Greena, której towarzyszy tylko subtelne tło perkusyjnych talerzy. Bardzo ładny utwór, o przejmującym klimacie i dość wyrazistej melodii. To jednak jedyny tego typu fragment. Pozostałe utwory są już bardziej wymagające, ale z odpowiednim nastawieniem i choćby minimalnym doświadczeniem z tego typu muzyką, można tu znaleźć wiele dobrego. Do najciekawszych momentów z pewnością zalicza się najdłuższy, dziewięciominutowy "Bottoms Up", w którym Green daje fantastyczny gitarowy popis, na granicy jazzu i psychodelii. Świetny akompaniament zapewnia sekcja rytmiczna, grająca bardzo gęsto i intensywnie, momentami w nieco funkowy sposób; całości dopełniają jazzujące klawiszowe ozdobniki. Wpływy funkowe są jeszcze bardziej słyszalne w "Burnt Foot", kojarzącym się trochę z twórczością Jimiego Hendrixa z okresu Band of Gypsys. W nagraniu na pierwszy plan wysuwają się Dmochowski i Maclean, dając tutaj porywający pokaz swoich umiejętności; Green jedynie przygrywa im w tle. "Hidden Depth" ma podobny klimat do "Timeless Time", czaruje pięknymi partiami gitary i klawiszy, ale ze względu na bardziej freejazzowy charakter nie wszystkim przypadnie do gustu. Kończący całość utwór tytułowy to także free jazz, ale w ostrzejszym wydaniu. W wyżej wspomnianych utworach muzykom udało się zachować interakcje. Niestety nie zawsze udaje im się tak dobrze ze sobą współpracować, czego przykładem jest ocierający się o chaos "Descending Scale".

"The End of the Game" to bardzo eksperymentalny album, który może odrzucić nawet największych wielbicieli Petera Greena. Warto jednak nie zniechęcać się od razu i dać mu szansę, bo sporo tutaj fragmentów, które mogą oczarować także rockowych słuchaczy.

Ocena: 7/10



Peter Green - "The End of the Game" (1970)

1. Bottoms Up; 2. Timeless Time; 3. Descending Scale; 4. Burnt Foot; 5. Hidden Depth; 6. The End of the Game

Skład: Peter Green - gitara; Alex Dmochowski - bass; Godfrey Maclean - perkusja i instr. perkusyjne; Nick Buck - instr. klawiszowe; Zoot Money - pianino
Producent: Peter Green